|14| Wszystkie odcienie szarości

Od autorki: Opowiadanie jest ostatnio prowadzone na dwóch liniach czasowych. Konan twierdzi, że opisuje zdarzenia mające miejsce w przeszłości, po paru latach od tego co jest w opowiadaniu. Notatka końcowa (po „***”) jest właśnie takim wtrąceniem wydarzeń jakby bieżących. Wiem, że mieszam, ale taki miałam koncept na to wszystko zagmatwany. Za utrudnienia przepraszamy, czy coś i życzę miłego czytania ;) 

_____________________________

Byłam zmęczona. Na tyle by móc wyłączyć myślenie chodź na moment, kiedy przemieszczaliśmy się po szpitalnym korytarzu. Białe posadzki, białe ściany i białe kitle. Surowość i sterylność. Z ascetycznego widoku wybijały się tylko ciekawe spojrzenia ze wszystkich stron korytarza. Moja obecność tutaj jak i całe zamieszanie wokół mojej osoby rozregulowały pracę szpitala. Pielęgniarki wychylały głowy zza drzwi, lekarze zwalniali kroku lub przystawali na moment, a jeżeli mieli w rękach jakikolwiek papier to udawali, że go uzupełniają by dłużej postać na korytarzu. Śledziłam wzrokiem odciętą na ścianie linię białej emalii czasem zakłóconą przez nazwiska osób przyjmujących w kolejnych gabinetach.

- Schudłaś.

Odwróciłam się niemal natychmiast kiedy znajomy głos przypomniał mi o swoim właścicielu i o tym, że wcale nie unoszę się gdzieś pomiędzy ścianami, a rzeczywiście jestem wieziona przez ten korytarz właśnie przez n i e g o .

Znów nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Patrzyłam tylko na nieprzeniknioną twarz mistrza o wyrazie tak różnym od tego sprzed tygodnia.

- Co proszę? – wydukałam w końcu z trudem wydobywając z siebie dźwięki.

- Schudłaś, Konan.

Wlepiłam w niego oczy lekko otępiała. Kiedy patrzył gdzieś w przestrzeń przed sobą jakby nie zwracając na mnie uwagi w jakimś ułamku przypominał mi swoim zachowaniem Nagato. W ułamku. Zaznaczam. Nagato nie próbowałby zacząć rozmowy. On robi wszystko by tego unikać.

- Jak schudłam? – spytałam, zdając sobie sprawę z tego jak cała sytuacja jest nienaturalna i wymuszona.

- Od zeszłego tygodnia. Zapadły ci się policzki. Schudłaś o co najmniej pięć kilo. – odparł.

W głowie pojawił się obraz mojej alkoholowo-nikotynowo-kofeinowej diety, którą stosuję od tygodnia i musiałam przyznać mu rację… czując jednocześnie jak momentalnie robi mi się zimno. Krew odpłynęła mi z twarzy i chodź i tak byłam pewnie w tym momencie blada to teraz wtopiłam się w ściany.

Może gdybym o siebie dbała przez ten tydzień to Madara…

Może by mi się udało.

Zacisnęłam dłonie w pięści czując jak wzbiera we mnie fala bezsilności i pogardy dla swojej osoby.

Jirayia milczał, mijaliśmy kolejne tabliczki i kolejne ciekawskie oczy, aż w końcu przed nami pojawiły się drzwi wyjściowe szpitala. Przekroczyliśmy je. Nie padało, a na zewnątrz czuć było powiew ciepłego wiatru. Słońce wychynało zza chmur chyląc się ku zachodowi. Słychać było ptaki siedzące na parkowych drzewach rosnących przed szpitalem i nic, kompletnie nic nie przypominało o tym pogodowym piekle, które rozegrało się kiedy próbowałam uciec z Wioski. No właśnie? Kiedy to było? Ile byłam nieprzytomna?
Zanim się obejrzałam Sensei przewiózł mnie pod jedną z ławek samemu na niej siadając. Rozłożył się na oparciu odchylając głowę w tył i nadal milcząc. Czułam zdenerwowanie. Drżały mi ręce. Nie wiedziałam jak potoczy się ta rozmowa, od czego zacząć, jak się zachować i co on tak naprawdę o mnie myśli. Przerażała mnie sytuacje gdzie jedna z ważniejszych, mimo wszystko, osób w moim życiu teraz może podsumować wszystko co do tej pory zaszło. Chciałam go przeprosić, pokajać się i jednocześnie wykrzyczeć, że to wszystko zdarzyło się nam, właśnie nam i że to wszystko to wyraz bezsilności wobec wojny i niesprawiedliwości. Chciałam powiedzieć mu o tym wszystkim i nie potrafiłam znaleźć na to słów i tak oto siedzieliśmy w gęstniejącej ciszy, on – z zamkniętymi oczyma i twarzą skierowaną w niebo, a ja – z bijącym sercem i nadzieją, że moje całe życie to tylko koszmar i że zaraz się obudzę. Nie potrafiłam wyzbyć się poczucia, że to moja winą, że gdyby nie ja to być może Yahiko by żył, że może gdybym wsparła Nagato w odpowiednim momencie, to ten nie zmieniłby się tak bardzo, że może…

- Powinienem był wtedy zabrać was ze sobą.

Słowa, które przerwały kolejny z moich monologów wewnętrznych spowodowały, że coś we mnie pękło. Po raz kolejny poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Spojrzałam na niego. Teraz i on na mnie patrzył.

- O czym ty mówisz? – spytałam chodź doskonale zdawałam sobie sprawę co miał na myśli.

Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim co się stało powiedział coś takiego.

- Powinienem był was ze sobą zabrać do Konohy… Konan naprawdę źle z tobą. Akurat tobie nigdy nie musiałem powtarzać niczego dwa razy. – dodał, po czym lekko się uśmiechnął, jednak jego oczy nadal pozostawały nieporuszone. Po chwili uśmiech znikł i zastąpił go wcześniejszy wyraz twarzy. – Jednak chodź biorę część winy na siebie, to niestety podtrzymuję to co powiedziałem wcześniej. Jestem wami rozczarowany. Nigdy nie pomyślałbym, że moi uczniowie obiorą taką drogę.

I w tym momencie odezwał się we mnie adwokat diabła. Otarłam łzy z twarzy zaczynając wewnętrzny bój ze sobą o sens moich ostatnich dwudziestu lat życia.

- Naprawdę myślisz, że ludzie będą w stanie się zrozumieć? Że wojny kiedyś się skończą i że jest inne wyjście niż iluzja? – spytałam, nawet nie wiedząc czy Jirayia zdawał sobie sprawę z tego czym jest Plan Księżycowe Oko.

- Tak, Konan. Bo wieczne kłamstwo nigdy nie było i nie będzie odpowiedzią.

Wiedział. Skąd? Czyżby rozmawiał z Nagato?

- Co nią jest w takim razie? Tylko nie mów mi, że miłość i przywiązanie, bo to właśnie stąd wynikają konflikty.

- Nie wiem. Ale nie poddam się dopóki się nie dowiem. Kiedyś myślałam, że na to pytanie odpowie mi Nagato. Jednak najwyraźniej się myliłem. – odparł.

Zgryzłam wargi powstrzymując się od powiedzenia „Ja również.” co wywołało we mnie jeszcze większe poczucie pustki niż wcześniej.

- Dlaczego to zrobiłeś? – spytałam w końcu.

- Co masz na myśli?

Zmierzyłam go wzrokiem samemu na moment milknąc.

- Dlaczego mnie uratowałeś? Mogłeś stać z boku i chodź część problemu twojej Wioski rozwiązała by się sama.

Uśmiechnął się.

- A ty co zrobiłabyś na moim miejscu? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Nie wiem. Autentycznie nie wiem. Ku mojemu przerażeniu raczej skłoniłabym się ku temu by stać z boku… i czekać na polecenia.

Cień. Tło. Nic więcej.

- Nie wiem. – powiedziałam po prostu.

Prychnął.

- Rozumiem… Chodź jeżeli mam być z tobą szczery to nie do końca jest tak, że tylko ja tam byłem.

Jak to? No ale może wreszcie dowiem się czegokolwiek.

- A kto jeszcze? Tsunade? Nadal nie rozumiem waszych intencji. Nie widzę logiki w tym co robicie. Godaime w ogóle nie powinno tu być.

- Tsunade pojawiła się tam już po wszystkim… i tak muszę się z tobą zgodzić. Nie powinno jej tu być. Jednak widocznie los zadecydował inaczej, bo gdyby się tu nie pojawiła nie rozmawiał bym teraz z tobą, Konan.

Racja. Nikt oprócz legendarnej Tsunade z Liścia nie byłby w stanie wyleczyć takich obrażeń.

A ja powinnam po prostu nie żyć.

- Jirayia-sensei, ja już dawno przestałam wierzyć w los i wszelkiej maści przepowiednie. Życie jest jakie jest. Pozostało to zaakceptować… ewentualnie próbować zmienić. – odparłam, mieszcząc w tych kilku zdaniach większość skumulowanej we mnie goryczy. Na jego twarzy odmalował się lekko kpiący uśmieszek.

- Nie wydaje ci się zabawne, że nadal do mnie mówisz per „nauczycielu”? Swoją drogą mocne słowa jak na kogoś w różowej piżamie z hello kitty… Pijesz do Wiecznego Tsukiyomi? Naprawdę uznajesz to za rozwiązanie?

No i zbił mnie z pantałyku.

- Nie wiem… – powtórzyłam po raz kolejny pod czas tej rozmowy, momentalnie tracąc rezon. – A wolisz, żebym założyła płaszcz?

- W życiu nie kazałem się jakiejkolwiek kobiecie ubrać i to się raczej nie zmieni, Konan. A co do twojego płaszcza to Nagato chyba prowadzi ze mną wojnę psychologiczną, bo zabrał wszystkie twoje rzeczy, a ten płaszcz zostawił, mimo tego że jest najbardziej zniszczony. Być może próbuje mi coś udowodnić. Sam nie wiem.

Aha? Czyli to Nagato zabrał moje rzeczy. I w takim wypadku pewnie on przyniósł tę piżamę. Do tej pory nie miałam czasu by się nad tym zastanowić, bo zbyt wiele się działo. Zastanawiające są zwroty akcji w tym wszystkim. Najpierw próbował mnie zabić, a potem bierze moje ubrania do prania.

Ja już chyba nie muszę rozumieć.

- Drażni cię widok czerwonej chmury?

- Odrobinę. – odparł.

- Wiesz w ogóle co ona oznacza? – spytałam.

- Dla mnie ona oznacza ni mniej ni więcej niż to, co ci już powiedziałem. Zawiodłem się na was. – odpowiedział, jednak tym razem to zignorowałam.

- …czerwone chmury oznaczają krew, którą spłynęła Amegakure podczas kolejnych wojen. Nie mam zamiaru się tego wyprzeć.

Umilkł na moment i zmierzył mnie wzrokiem.

- Nic was nie usprawiedliwia, Konan. – skwitował.

Owszem. I mimo tego, że się z nim zgadzałam, to nie potrafiłam tego powiedzieć z jednego prostego powodu. Przy takiej argumentacji nie mogę całej winy wziąć na siebie jak to zwykłam robić kiedy wyrzucałam sobie to co miało miejsce wcześniej. Przy takiej argumentacji musiałabym przyznać, że część odpowiedzialności ponosi Nagato, a tego z jakiegoś powodu nijak nie umiałam zrobić.

- Czego ode mnie oczekujesz? Nie jestem w stanie zmienić tego co miało miejsce. Po co ta rozmowa? – spytałam po chwili. – Pozatym nadal nie powiedziałeś mi komu jeszcze zawdzięczam życie, oprócz ciebie i Godaime. – dodałam na co znów się uśmiechnął.

- Powiem ci, że poczułem się trzydzieści lat młodszy kiedy walczyłem z Nagato po jednej stronie. Tylko tak jak mówiłem, płaszcz odrobinę mnie mierził… Jego osoba również. Zrobił się arogancki. W życiu bym go o to nie posądzał. No, ale jak widać ludzie jednak się zmieniają… – zakpił.

Otwarłam szerzej oczy i lekko rozdziawiłam usta. Nadal nie docierało do mnie to co powiedział.

- Nagato..?

Czyli nie tylko „mnie oszczędził”. Jeżeli zaatakował Madarę to oznaczałoby, że Plan Księżycowe Oko już nie ma prawa bytu. Serce zabiło mi szybciej, ale jednocześnie poczułam jak grunt obsunął mi się pod nogami.

To też oznacza, że nie ma już odwrotu.

Dlaczego on to zrobił?

Tyle lat w niwecz. A jednocześnie wreszcie.

Wreszcie przestał. Odpuścił. Doszło do niego, że tak nie można. Że to bez sensu. Że fałsz.

A może to ja się mylę?

A może to jednak jedynie wyjście?

A ja to teraz zaprzepaściłam?

Przecież tyle lat w to wierzyłam. I teraz się zawahałam, odeszłam, a on nie potrafił podjąć właściwej decyzji ze względu na nic nie warte sentymenty z dawnych lat?

A co jeżeli…?

- Czemu cię to dziwi? To chyba normalne, że chronisz ludzi na których ci zależy. Widocznie aż tak się nie zmienił.

Pojawiły mi się łzy pod powiekami i zaczęłam mieć problemy ze złapaniem oddechu.

Jak dla niego wszystko może być takie proste?!

Nie za bardzo się kontrolując wybuchłam płaczem chowając twarz w dłoniach i pochylając się do przodu. Gwałtowne ruchy spowodowały, że znów zakręciło mi się w głowie. Oparłam czoło o kolana i po prostu wyłam próbując nie stracić przytomności.

„Chcę jedynie chronić ludzi na których mi zależy.” – zdanie, które Nagato wypowiedział bardzo dawno temu, a które obydwoje w pewnym momencie wzieliśmy za przejaw egoizmu. Z przywiązania biorą się jedynie konflikty, prawda..?

Poczułam dłoń na ramieniu. Odruchowo lekko się odsunęłam i spojrzałam w górę. Mistrz patrzył na mnie jakoś inaczej niż wcześniej i trzymał w dłoni chusteczkę. Zarówno jego twarz jak i chusteczka rozmywały mi się w oczach. Poruszył dłonią zachęcając bym wzięła chustkę. Poczułam się jakbym znów była małą dziewczynką, którą trzeba pocieszać. Wzięłam ją od niego i opierając się jedną ręką o wózek wytarłam oczy.

- Konan, mówiłem ci to już tydzień temu… Decyzje można zmieniać.

- Wiedziałeś że to ja? – spytałam znów z trudem wydobywając z siebie słowa.

- Nie. Nie miałem powodów by się domyślać, że to ty. Jednak w niektórych momentach miałem pewne przebłyski. Do tej pory nie wyzbyłaś się nawyku zaplatania palców kiedy się denerwujesz.

- W takim wypadku skąd aż tyle wiesz?

- Była jeszcze jedna ropucha. Zdążyłem wysłać ją do Konohy zanim Nagato wymazał mi pamięć… Zadaliście sobie wiele trudu, żebym przeżył wizytę w Deszczu. – dodał.

Kiwnęłam mu głową znów wycierając oczy chusteczką.

- No i co teraz? Jirayia, przecież doskonale wiesz, że stoimy po przeciwległych stronach barykady. To i tak nie ma sensu. Nawet jeżeli Nagato zmusił Tsunade do tego, żeby mnie wyleczyła to czeka nas wojna. Dla Konohy Akatsuki jest organizacją terrorystyczną. Rządy Hanzo, nawet jeżeli były złe, to zaakceptowane i wspierane przez Pięć Wielkich Krajów, bo były im najzwyczajniej na rękę. Pozostało tylko czekać na interwencję Liścia. Nawet nie wiem co Nagato ma na celu pozostawiając Godaime jeszcze przy życiu. Cóż mi po twojej chusteczce teraz, Sensei?

Zmarszczył brwi.

- Czyli ty nic nie wiesz? – spytał wyraźnie zdziwiony.

- O czym miałabym niby wiedzieć? Obecna sytuacja jest oczywista. – odpowiedziałam biorąc głęboki wdech i próbując znów się nie rozkleić, samej się sobie dziwiąc, że potrafiłam się tak przed nim otworzyć.

Chodź to i tak nie ma znaczenia.

Wojna.

Jedyne czego w tym momencie mogę się spodziewać.

To pewnie jedna z ostatnich chwil kiedy mogę z nim porozmawiać.

- Nagato naprawdę nic ci nie powiedział? Przecież to ty pełnisz formalną funkcję lidera Deszczu.

Tym razem to ja zmarszczyłam brwi nie mając pojęcia do czego on w ogóle dąży.

- Nie rozmawiałam z nim… To znaczy rozmawiałam, ale to raczej był z mojej strony monolog niż normalna rozmowa… – przyznałam.

Zamrugał kilkukrotnie oczyma i skrzyżował ręce na piersiach.

- Tsunade zaproponowała wam sojusz. Nagato się zgodził. W tym momencie pewnie negocjują warunki.

Spojrzałam na niego jakby właśnie spadł z Księżyca.

- Proszę, powtórz.

Westchnął.

- Deszcz i Konoha to w tym momencie sojusznicy. Jeszcze nie oficjalnie, bo wiadomość nie jest podana do informacji publicznej, ale już w tym momencie wysłaliśmy posłańca do Liścia, żeby poinformować, że Tsunade jest bezpieczna.

Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Wszystko to wydawało mi się nieprawdopodobne…

Tak bardzo nieprawdopodobne, że podobne do snu.

Iluzji.

Wiecznego Tsukiyomi.

- Dlaczego? Jaki Konoha ma w tym cel? Przecież to nie ma sensu. – wydukałam.

- Jeżeli spojrzysz na to z perspektywy tego co powiedziałaś poprzednio to rzeczywiście nie ma żadnego sensu. Jednak w obliczu Czwartej Wielkiej Wojny Shinobi sojusz z Deszczem ma tego sensu bardzo dużo. Po tym jak Nagato pozbawił Madarę drugiej ręki i odsunął jej perspektywę przynajmniej o parę lat doszliśmy do wniosku, że lepiej mieć was za sojuszników, a nie wrogów. Tym bardziej, że skoro Nagato próbował zabić Madarę wątpię aby znów podjęli współpracę.

Ta rozmowa zaskakiwała mnie coraz bardziej i bardziej.

- A co jeżeli to blef po to by zbliżyć się do Dziewięcioogoniastego?

- Nagato powiedział Tsunade dokładnie to samo co ty mi teraz, więc odpowiem ci tym samym co ona powiedziała jemu: Naprawdę myślisz, że pozostawiłby tyle zwykłemu przypadkowi?

Pokręciłam głową. Nie. Nagato nic nie pozostawia przypadkowi.

- A co z resztą Akatsuki? Dosłownie wszyscy widnieją w waszej księdze Bingo.

- Czyli tego również nie wiesz… Akatsuki się rozpadło, Konan. Jednak Nagato wymusił na Tsunade nietykalność tych którzy zostali. – odparł.

Patrzyłam na niego i przez moment milczałam. To co powiedział było dość logiczne w zaistniałej sytuacji. Część z nich nigdy nie zgodziłaby się na odejście od idei Wiecznego Tsukiyomi. A teraz musiałam zadać to pytanie, bo doskonale wiedziałam, że on Nagato nie dowiem się kompletnie niczego.

- Kto został? – spytałam, a jakże, nerwowo zaplatając palce na kolanach i mając nadzieję, że Jirayia w ogóle ma takie informacje, bo to wcale nie było takie oczywiste.

- Kakuzu, Deidara, Sasori z Czerwonego Piasku, co jest dla mnie zaskoczeniem, bo byłem pewny, że on nie żyje i… Itachi Uchiha. – odpowiedział chyba mimowolnie akcentując ostatnie imię.

Kiwnęłam głową.

Jego odpowiedź jakoś mnie nie zdziwiła. Kakuzu nie miał żadnego powodu by popierać Madarę, a przyłączył się do Akatsuki tylko i wyłącznie ze względów materialnych. Deidara nigdy tak naprawdę nie uznawał Planu Księżycowe Oko, ze względu, że opierał się o iluzję. „Tylko sztuka jest prawdziwa, un!” zabrzmiało mi w głowie… Sasori również jest dla mnie zaskoczeniem, ale z innego powodu niż dla Jirayi. Sasori zawsze szukał czegoś co wieczne i niezmienne. Nie akceptował rzeczywistości, więc to dlaczego nie opowiedział się za Madarą było dla mnie w tym momencie zagadką. Itachi… Cóż. To mnie po prostu ucieszyło. Najzwyczajniej w świecie. Jirayia zaakcentował jego imię nie kryjąc się zbytnio ze swoim zdaniem na jego temat, bo nie zna całej prawdy, którą Sandaime miał w sumie zabrać do grobu. Cóż. Jednak nie mnie mieszać się w sprawy Uchihy… Pozostali… Tak jak wspominałam, to było do przewidzenia. Choć zdziwił mnie Hidan. Wieczne Tsukiyomi jest mu całkowicie nie po drodze, a do Akatsuki został wcielony siłą. Być może po prostu odszedł nie popierając żadnej ze stron. Kisame. Kisame to bardzo złożona persona. Nie dziwi mnie, że odszedł, co nie zmienia faktu, że odrobinę mi źle z tego powodu. Już nie będę się z nim wykłócać kto lepiej gotuje… Każdy jest odpowiedzialny za siebie. A Zetsu to po prostu człowiek Madary. I tyle.

- Czyli jeżeli dobrze rozumiem, zostali wykreśleni z księgi Bingo? – spytałam.

Uśmiechnął się.

- Nie. Jeżeli opuszczą Amegakure, zostaną potraktowani jak przestępcy międzynarodowi, a obydwoje wiemy co to oznacza.

Czyli Tsunade nie dała sobie z góry narzucić wszystkich warunków… Poczułam lekką dozę podziwu dla Godaime, biorąc pod uwagę możliwości Nagato.

- Czyli azyl polityczny. Rozumiem. A w takim wypadku co z nami? Ze mną i z Nagato? Jak potraktujecie założycieli Akatsuki?

- W waszym przypadku sprawa wygląda całkowicie inaczej. Nie widnieliście w żadnych rejestrach, a według prawa Deszczu obydwoje pełnicie funkcję Lidera Wioski, co daje wam pewien rodzaj immunitetu. Jeżeli Konoha by tego nie uszanowała automatycznie oznaczałoby to wypowiedzenie wojny.

Raczej nie musiał mi tego tłumaczyć, bo niestety wszelkiej maści papiery, dokumenty i kruczki prawne to jedne z moich głównych zajęć od momentu przejęcia władzy w Ame, jednak wolałam się upewnić.
No i tak właściwie to uściślając ja pełnię funkcję zastępcy Lidera, jednak w praktyce ten fakt jest całkowicie ignorowany przez Radę Wioski, bo Nagato najzwyczajniej w świecie nigdy nie pojawia się na zebraniach osobiście.

Kiwnęłam głową i tak przed jakiś czas milczeliśmy. Słońce chowało się za horyzontem i robiło się coraz chłodniej, a śpiew ptaków ustąpił miejsca odgłosom wydawanym przez świerszcze. W sumie był to rzadki dźwięk w Deszczu, biorąc pod uwagę gęstość zabudowy, jednak szpital znajdował się od strony wschodniej, która była najmniej zastawiona ze wszystkich. Tutaj industrialny charakter Wioski w niektórych miejscach ustępował miejsca parkom i małym osiedlom domów jednorodzinnych.

- Konan, tym razem to ja mam do ciebie pytanie. – powiedział, przerywając ciszę.

Spojrzałam na niego. Ironiczny uśmieszek wyparował, a na jego miejsce pojawiła się wręcz śmiertelna powaga.

- Cóż. Dostałam od ciebie tyle informacji, że postaram ci się odpowiedzieć. Jednak nie obiecuję, że odpowiem na każde pytanie. – odparłam.

- Co się stało z Yahiko i dlaczego Nagato wybrał jego ciało na jedną ze ścieżek? I właściwie, to czemu Nagato nie pokazuje się osobiście?

Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.

Mimo rozczarowania nadal się nami przejmował. Po tym wszystkim.

- To trzy pytania, Sensei, nie jedno. – odpowiedziałam wymijająco, nie chcąc poruszać tego tematu.

- Ja zostałem przed momentem zasypany gradem pytań. Odpowiedziałem ci na wszystkie.

- Dlaczego nie zapytałeś o to Nagato, kiedy z nim rozmawiałeś? To bezpośrednio dotyczy jego, więc to jego powinieneś o to pytać.

- Bo z nim nie rozmawiałem, Konan.

Zdziwiło mnie to.

- Jak to z nim nie rozmawiałeś?

- Wszystko co wiem, wiem od Tsunade. To ona z nim rozmawiała. Ewentualnie jest to uzupełniane tym co stało się tydzień temu w Amegakure, a o czym wiem od wspomnianej już ropuchy… Nagato jest ciężkim partnerem do rozmowy…

Zatrzepotałam rzęsami i wykrzywiłam twarz w coś na kształt uśmiechu.

- N a p r a w d ę ? – spytałam zawierając w tym słowie kwintesencję całej ironii na jaką było mnie stać w tym momencie.

***

Tamtego dnia pierwszy raz od dłuższego czasu spałam jak zabita. Nie wiem na ile była to zasługa końskiej dawki leków przeciwbólowych zaordynowanych mi przez Godaime, a na ile wcześniejszej rozmowy. W ogóle to miałam dziwny sen. Szłam przez Amegakure, konkretnie przez targ. W płaszczu, całej tej otoczce i tak dalej, czyli reasumując byłam dość rozpoznawalna. Jednak zamiast okazywać mi (nadmierny) szacunek, co muszę zwykle znosić na ulicy, a za czym nie przepadam, większość osób patrzyła na mnie dość nieufnie. W końcu starsza kobieta sprzedająca owoce krzyknęła, że to ja jestem tą dziewczyną która podczas wojny kradła jedzenie ze stoisk. Nie miała prawa mnie pamiętać, ale w śnie z jakiegoś powodu nie wydało mi się to dziwne. Dosłownie wszyscy się w tamtym momencie na mnie rzucili, a ja zaczęłam uciekać. Dalszej części snu nie pamiętam.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że sny to odbicie stanów psychicznych odczuwanych na jawie, ale spychanych do podświadomości. I tak swoim zwyczajem zaczęłam analizę tego co mi się przyśniło dochodząc do wniosku, że ja sama mam do siebie ambiwalentny stosunek. Zdaję sobie sprawę z tego, że zależnie od sytuacji lub danego okresu w moim życiu moje postępowanie można oceniać bardzo różnie. Z jednej strony tak ja jak i Nagato w Wiosce jesteśmy bardzo szanowani ze względu na trzymanie Ame z daleka od konfliktów, co jak już kiedyś wspomniałam jest dla ludzi pamiętających Hanzo dość miłą odmianą można rzec.

A z drugiej strony moralna ocena naszych dotychczasowych działań nie mieści się w kategoriach „czarny lub biały”. Zależnie od czynników drugorzędnych i przyjętych kryteriów wynik może być różny. Jirayia-sensei ma sprecyzowany system wartości, którego dość twardo się trzyma, więc był w stanie jednoznacznie potępić nasze działanie. Ja jednak, z perspektywy czasu, nie potrafię określić, czy odejście od idei Wiecznego Tsukiyomi było uzasadnioną decyzją. Po latach od tamtego dnia kiedy pierwszy raz rozmawiałam z Jirayią nadal nie podzieliłam się swoimi wątpliwościami z nikim, nawet z Nagato. Czasem tylko prowadzę wewnętrzne monologi przelewając je na kartki tego dziennika, który potem znów ląduję pod jedną z klepek pod podłogą, a ja znów zastanawiam się czy aby po prostu go nie spalić, żeby nikt go nigdy nie znalazł.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jeżeli oczekiwanie na najbardziej krwawy konflikt w dotychczasowej historii można w ogóle tak określić, to jestem w tym momencie umiarkowanie szczęśliwym człowiekiem.

Nic nie jest tylko czarne albo tylko białe.

Życie pełne jest odcieni szarości.

14 in progress!

Znalazłam robotę, zaczęłam uczyć się japońskiego i wróciłam do Krakowa, więc ni cholery nie miałam ostatnio czasu.

No ale teraz jestem chora, więc |14| pojawi się w granicach tygodnia. Pomysł jest, tylko ostatnio wracałam do domu wykończona i nie w głowie mi było pisanie.

Za utrudnienia przepraszamy i w ogóle.

|13| Niedorzeczność, paranoja i bezsens // |13(,5)| Ten sam dzień. Wydarzenia późniejsze

Sama nie wiem dlaczego piszę mój własny pamiętnik w formie czegoś co przypomina powieść. Celem uczczenia mojego mistrza, który sam był pisarzem? Czy może chodzi mi o zdystansowanie się od własnego życia? O próbę rozliczenia się z przeszłością? Kolejne rozdziały piszę jakiś czas po zaistniałych wydarzeniach. Formułuję myśli i słowa w taki sposób aby były one odbierane jako bieżące.

Sama dla siebie. Dlaczego?

Tak mi jest łatwiej pogodzić się z tym wszystkim?

W sumie nie wiem.

Być może.

***

Nagato zdawał się być wpatrzony w podłogę równie mocno co wcześniej Tsunade w moją rękę. Śledził białymi oczyma krwawe mazaje, które powstawały na podłodze przy każdym ruchu mopa ignorując każde z moich kolejnych pytań. Kręciło mi się w głowie. Dopiero kiedy sytuacja odrobinę się ustabilizowała i doszło do mnie, że właściwie to nie muszę walczyć o życie to do mojego organizmu dotarło jak wycieńczona jestem. Kiedy Nagato kazał mi wcześniej wstać, żeby zmienić pościel o mało nie runęłam na podłogę.

Technika, której użyłam praktycznie wyzuła mnie z czakry.

Sytuacja, której byłam uczestnikiem praktycznie wyzuła mnie z pewności czegokolwiek.

Czułam jak łzy ściekają mi po policzkach. Potem po szyi. A potem wsiąkają w moją absurdalną różową piżamę z hello kitty.

- Możesz mi kurwa wytłumaczyć co tu się właściwie dzieje?! – wrzasnęłam w pewnym momencie zachrypniętym głosem, niemal natychmiast po tym zakrywając usta dłońmi. Podniesienie głosu było na tyle męczące, że na moment zamazał mi się obraz sali.

Podniósł na mnie wzrok.

Westchnął.

Milcząc zabrał wiaderko z ziemi, obrócił się, wyniósł wspomniane przedmioty do łazienki. Zniknął za futryną. Słyszałam dźwięk odkręconej wody i płukania mopa.

Ignorował mnie.

Góra piżamy kompletnie przesiąkła mi od łez.

To było gorsze uczucie niż świadomość tego, że przed tym wszystkim tak naprawdę chciał mnie zabić.

Chciał..?

Wyszedł z łazienki i stanął w korytarzyku naprzeciw łazienki.

Patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Chcesz coś ze sklepu?

Film.

Kurwa.

Mam widzę przed sobą jakiś zlepek losowo połączonych kawałków kliszy, bo tutaj nic się ze sobą nie klei.

To chyba był najbardziej wyrachowany sposób w jaki do tej pory unikał rozmowy. Wcześniej chociaż odnosił się do tego co powiedziałam gdy mnie zbywał kiedy nie chciał odpowiadać na jakieś pytanie.

Teraz zapytał czy, kurwa, chcę coś ze sklepu.

- O czym ty mówisz? – spytałam wiedząc, że to i tak nieważne co powiem.

- Pytam czy chcesz coś ze sklepu. – powtórzył.

Absurd. To co się tutaj dzieje to absurd.

Niedorzeczność.

Paranoja.

Bezsens.

Milczałam. Nie ruszył się z miejsca, czekając na moją reakcję.

Gdzieś w skołatanej głowie pojawiła się myśl.

Zmuszę go do mówienia.

- Papierosy. – odparłam, doskonale zdając sobie sprawę, że niewolno mi palić zarówno ze względu na stan w jakim się znajduję jak i miejsce w którym przebywam.

Zmarszczył brwi i na moment otworzył usta, jednak momentalnie je zamknął.

Jeżeli by mi odpowiedział na to w jakikolwiek sposób musiałby skomentować mój stan.

Na co w sumie liczyłam.

Jednak on jedynie kiwnął głową, po czym po prostu wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi.

Patrzyłam jeszcze moment w tamtym kierunku czując trudności w złapaniu oddechu.

Poczułam się… dziwnie.

Nadal nic nie rozumiałam, jednak samo to, że się mną zajmował przywołało we mnie wspomnienia jeszcze sprzed śmierci Yahiko. W tym wszystkim najbardziej zastanawiająca była jedna myśl.

Skoro Jirayia zaatakował Madarę, jest tutaj Tsunade, a Nagato mimo że nie chce ze mną rozmawiać w jakiś sposób o mnie dba to konkluzja jest jedna.

“Jestem istotna.”

Nie byłam przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy.

To, że zarówno Jirayii jak i Tsunade nie powinno tutaj być było oczywiste. Z tym, że ten pierwszy, rzeczywiście mógł wrócić do Deszczu. Rozpoznał mnie? Nagato przecież wymazał mu pamięć, więc chyba nie ma innej możliwości.

Za to Piąta wykazała się skrajnym brakiem odpowiedzialności przychodząc tutaj.

Uśmiechnęłam się lekko.

Tak, przyszła za nim. Żeby go zawrócić. Ze świadomością, że tak naprawdę chyba tylko jej by posłuchał.

To była pierwsza pozytywna myśl w mojej głowie od dłuższego czasu. Może “kobieta która całe życie dawała mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie” wreszcie zmieniła zdanie…

I tak oto leżałam w czystej już pościeli, patrząc w sufit i uśmiechałam się sama do siebie w momencie kiedy całe, dosłownie całe moje dotychczasowe życie się posypało. Uśmiechałam się, a po policzkach leciały mi sążniste krople, bo wszystko w co wierzyłam runęło jak domek z kart. To Madara był odpowiedzialny za śmierć Yahiko i innych. Plan Księżycowe Oko okazał się dla mnie nie do przyjęcia. Chodź teraz kusiło mnie by podać to w wątpliwość to wiem, że wtedy kiedy patrzyłam we wściekle czerwone oko Uchihy, będąc na skraju śmierci byłam tego pewna w stu procentach.

Do tego w momencie kiedy mył tę cholerną podłogę, to mimo iż patrzyłam na ciało jedno z jego ciał to miałam przed oczyma “starego” Nagato. Tego sprzed tego wszystkiego. Gdy jeszcze czułam, że jest jakiś sens.

Akatsuki najpewniej się rozpadło. Nawet nie wiem co się dzieje w siedzibie, ale byłam pewna, że już nic nie będzie takie jak wcześniej.

Ale czy ja w ogóle mam coś do stracenia?

Ostatnio przekonałam się, że nie.

…Prawie.

W głowie kotłowała mi się jeszcze jedna rzecz.

Nie dałam rady.

Zawiodłam.

Kolejny raz.

Nie byłam w stanie zabić Uchihy. I najprawdopodobniej będzie to miało dość znaczące konsekwencje. Bo on wróci.

Bez oczu Nagato nie jest w stanie doprowadzić swoich zamierzeń do końca.

Ciąg myśli przerwał mi dźwięk naciskanej klamki.

Ścieżka ludzi przestąpiła próg z papierową torbą w ręce. Nagato podszedł do małego stolika stojącego obok łóżka i zaczął wypakowywać wszystko na jego blat.

I bynajmniej nie były to papierosy.

Wyjął dwa jabłka, jogurt naturalny, sok wielowarzywny i małe pudełeczko z fermentowaną soją z bambusowymi pałeczkami w zestawie.

- Nie było. – powiedział zanim zdążyłam się w ogóle odezwać.

Kłamca.

Koło szpitala jest automat z papierosami. Nawet bliżej niż sklep spożywczy.

W gardle nadal miałam gulę, która utrudniała mi mówienie. Jednak jedyne czego chciałam to to, żeby wreszcie ze mną porozmawiał.

No i postanowiłam po raz kolejny spróbować go do tego sprowokować, jednak tym razem poruszając temat, który był tematem tabu praktycznie od zawsze.

Wdech. Wydech.

Widzę jego białe, przymknięte oczy tak jak wcześniej wlepione gdzieś w sufit. Usiadł na krześle stojącym obok stolika, na którego oparciu nadal wisiał mój dziurawy płaszcz, który był dla mnie niemym wyrzutem porażki.

 - To Madara jest odpowiedzialny za śmierć Yahiko. – wypaliłam, czując jak znów przyspiesza mi puls.

Milczał.

Kolejne sekundy były dla mnie czymś nieznośnym.

Chciałam reakcji. Jakiejkolwiek.

- Domyśliłem się. – odpowiedział w końcu, nadal na mnie nie patrząc.

Obróciłam głowę w jego kierunku. To co do mnie powiedział po prostu do mnie nie dotarło. Samo to, że mi odpowiedział wywołało we mnie dysonans.

- Powiedział ci to, prawda? – spytał po chwili.

Tym razem to ja nie potrafiłam się odezwać. Jego słowa mnie zszokowały. Tak jakbym właśnie dostała w twarz.

Jak to “domyśliłem się”?

- Czy to miało jakiekolwiek znaczenie w obliczu Nieskończonego Tsukiyomi, Konan? – ciągnął, a ja zastanawiałam się czy w tym momencie on z premedytacją próbuje zrobić wszystko, żebym go znienawidziła, mimo że wcześniej wydawało mi się to niemożliwe.

- Jak możesz..? – wydukałam lekko unosząc głowę.

Obrócił się w moją stronę. Twarz bez wyrazu. Nadal.

- Mogę. Dokładnie w taki sam sposób w jaki podejmowałem wszystkie moje dotychczasowe decyzje. Ta rozmowa jest bezcelowa. – powiedział, utwierdzając mnie w przekonaniu, że jednak chce bym go znienawidziła.

Opadłam z powrotem na poduszkę.

Jakkolwiek by się nie starał ja i tak nie mogłam uwierzyć w jego słowa.

- Nagato, ty taki nie jesteś. – wyszeptałam.

- Na ile tworzysz sobie mój obraz w swojej głowie, a na ile patrzysz na mnie obiektywnie, Konan? – spytał, tym razem utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.

Jego oczy wydawały mi się straszne. Jak jakaś otchłań bez dna. Puste.

Milczałam.

Może miał rację?

Może rzeczywiście..?

Nie.

To nie ma sensu.

- W takim wypadku dlaczego tu jestem? – odpowiedziałam w końcu pytaniem na pytanie, a mówiąc “tu jestem” miałam coś zgoła innego.

Pytanie powinno brzmieć: “Dlaczego nie zabiłeś zdrajcy?”

Znów zapanowała cisza. Atmosfera w sali się zagęszczała coraz bardziej o ile to w ogóle możliwe.

W końcu wstał, po czym skierował swoje kroki ku drzwiom wyjściowym zostawiając mnie bez odpowiedzi.

Znów zostałam sama ze swoimi myślami, jednak nie na długo. Dosłownie parę sekund po tym jak zamknął drzwi od tamtej strony znów się otworzyły.

Tym razem stanął w nich Jirayia-sensei.

Nie potrafię określić w ogóle swoich uczuć w tym momencie. Z jednej strony byłam przerażona. Głównie odpowiedzialnością. Natychmiast kiedy przekroczył próg pomieszczenia przypomniałam sobie jego słowa o tym, że tak naprawdę jest nami rozczarowany.

Najgorsze jest to, że ja też byłam sobą rozczarowana.

Nie znałam jego zamiarów. Ale byłam pewna, że mnie nie zaatakuje. Raczej przyszedł tutaj rozmawiać i ewentualnie wyciągnąć ode mnie informacje. Gdyby chciał mojej śmierci po prostu by się wtedy nie wtrącał.

Gdzieś jakaś mała cząstka mnie cieszyła się, że go widzi. Samo to, że znów pojawił się w moim życiu w jakikolwiek sposób było dla mnie czymś pozytywnym. Przejawem szczęścia.

Dodatkowo razem w pomieszczeniu pojawiła się szansa uzyskania wyjaśnienia tego wszystkiego.

Przeszedł przez salę i bez słowa usiadł na miejscu gdzie jeszcze przed momentem siedział Nagato i dokładnie tak jak on wcześniej patrzył na mnie i nie odzywał się ani słowem. Skrzyżował ręce na piersi czekając na moją reakcję i oparł plecy o mój płaszcz w czerwone chmury zdając się go z premedytacją ignorować. Na moment też zawiesił wzrok na jedzeniu, które przyniósł Nagato, ale nie odezwał się.

A ja czułam się jak uczennica wywołana do tablicy.

- Przejdziemy się? – spytał.

Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć.

W sumie to nie wiedziałam co mam robić.

- Nie jestem w stanie utrzymać się na nogach. – wydukałam.

- Wiem. – odparł, po czym wstał i znów wyszedł z sali po krótkiej chwili wracając pchając przed sobą szpitalny wózek.

Kiedy otwarł drzwi na oścież dojrzałam na korytarzu rząd krzeseł, kilka zaciekawionych pielęgniarek ukradkiem przechodzących obok sali i biały rinnegan skierowany na moją osobę.

Nagato siedział przed drzwiami. To znaczy nie Nagato. Kurwa. Nieważne. Wszyscy wiedzą o co chodzi.

Cała sytuacja była dziwna.

Jakaś taka nierzeczywista. Znów pomyślałam, że to wszystko to może tylko iluzja.

Może ja już patrzę w ten czerwony księżyc i tak naprawdę to już nic nie ma znaczenia?

Może wszystko się już tak naprawdę skończyło tylko ja nie zdaję sobie z tego sprawy?

******************************

- O czym chcesz ze mną rozmawiać?

- Nie domyśliłeś się jeszcze? Lidera Akatsuki i Deszczu miałam za kogoś bardziej inteligentnego. – odparła, opierając się o ścianę lekarskiej dyżurki w której w tym momencie byliśmy tylko my. Puściłem tę uwagę mimo uszu.

- Tsunade, do rzeczy, jeśli łaska.

Uśmiechnęła się. W sposób dość ironiczny.

- Co masz zamiar teraz zrobić? – spytała.

Już to dziś gdzieś słyszałem. Spojrzałem na nią kątem oka odrywając wzrok od chmur przewijających się na niebie, za szybą.

- Mógłbym zadać dokładnie takie samo pytanie, nie uważasz? Mimo wszystko jesteś w gorszym położeniu niż ja.

- Nie oczekuję od ciebie wdzięczności. Byłoby to niedorzeczne. Jednak coś mi mówi, że doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli mnie zabijesz to doprowadzisz do wojny.

- Powiesz mi coś jeszcze czego nie wiem?

- W obliczu Nieskończonego Tsukiyomi byłoby to dla ciebie obojętne prawda? Sprawy mają się inaczej w tym momencie.

Zmarszczyłem brwi. Irytowała mnie jej pewność siebie. A najbardziej irytowało mnie to, że miała rację.

- Skąd masz pewność, że nie doprowadzę go do końca już bez Madary?

- Bo takie działanie nie miałoby żadnego sensu. Zadaliście sobie wiele trudu by Jirayia wrócił żywy do Konohy. Gdybyś rzeczywiście miał taki zamiar to zarówno on, ja jak i ona leżeliśmy już w grobach o ile cokolwiek by z nas zostało.

Po raz kolejny miała rację. Jednak moją uwagę przykuła inna rzecz. Wprost powiedziała, że Jiraiya-sensei razem z nią nie są tak naprawdę dla mnie przeciwnikami. By wysnuć taki wniosek należy mieć więcej informacji na mój temat niż te które mistrz zdobył ostatnio.

Odwróciłem się do niej przodem.

- Ile wiesz na temat moich oczu?

- Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że gdybyś chciał doprowadzić do wojny to nie marnowałbyś czasu na tę rozmowę.

Tym razem to ja się uśmiechnąłem.

- Nie pozostało mi nic jak być z tobą szczery, Tsunade. Wiesz o nas wystarczająco dużo, że nie możemy tego zignorować. Analogicznie jest w waszym przypadku. Amegakure już nie jest białą plamą. Dodatkowo jestem pewny, że poinformowałaś najbliższych współpracowników gdzie się znajdujesz, więc wymazywanie ci pamięci również na dłuższą metę nie miałoby sensu. Twoja śmierć oznacza wojnę. I muszę przyznać, że rzeczywiście byłaby mi ona w tym momencie nie na rękę. Co więc proponujesz?

Godaime skrzyżowała ręce na piersiach.

- Porozumienie. – odparła.

Rozbawiło mnie to. Rozwój wydarzeń stawał się coraz bardziej ciekawy.

- Jestem odpowiedzialny za dość dużo zdarzeń, które łagodnie mówiąc nie były zbyt pomyślne dla Liścia. Sztandarowym przykładem było porwanie Piątego Kazekage. W skład Akatsuki w tym momencie wchodzi cztery osoby nie wliczając w to mnie i Konan. Wszystkie znajdują się w waszej księdze Bingo. Zignorujesz ten fakt?

- Nie ignoruję żadnej z tych rzeczy. Jednak w obliczu tego co ma nadejść konflikty między wioskami muszą zejść na dalszy plan.

- A co według ciebie ma nadejść? – spytałem opierając się o parapet.

- Czwarta Wielka Wojna Shinobi jest jedynie kwestią czasu. – odparła.

- Nadal nie wiem na jakiej podstawie chcesz mi zaufać, Tsunade. Hazard? Myślałem, że w przypadku decyzji politycznych raczej kierujesz się zdrowym rozsądkiem. Widocznie byłem w błędzie.

Zrobiła krok w moją stronę i zmniejszyła dzielący nas dystans. Następnie usiadła na szpitalnej kozetce i założyła nogę na nogę.

- A ciebie gdzie doprowadził zdrowy rozsądek? Czy to co tutaj się dzieje jego przejawem? Poza tym ta decyzja może i ma w sobie coś z hazardu, jednak przy jej podejmowaniu nie kieruję się jedynie przeczuciem. Podczas walki pozbawiłeś Madarę drugiej ręki i próbowałeś go zabić. Tym samym opóźniłeś realizację Planu Księżycowe Oko o co najmniej kilka lat. Do tego Uchiha potrzebuje do jego zrealizowania twoich oczu, a biorąc pod uwagę twoje ślęczenie przy jej łóżku nie wyglądasz mi na osobę, która odda mu je tak po prostu.

Jej głos był przesiąknięty ironią do granic możliwości. I znów musiałem się z nią zgodzić.

- A jeśli to była zagrywka mająca na celu doprowadzenie właśnie do tej rozmowy i zdobycia zaufania Konohy, by łatwiej było pozyskać Dziewięcioogoniastego?

Uśmiechnęła się.

- Gdybyś to od kogoś usłyszał nazwałbyś go idiotą, prawda? W całej tej sytuacji wystąpiło za dużo zmiennych niezależnych od ciebie, by to mogło być zaplanowane. – skwitowała.

Owszem. Nazwałbym go skończonym idiotą. Nigdy nie pozostawiłbym tak wiele zwykłemu przypadkowi.

- Więc co masz zamiar zrobić? – zapytała.

Nastało milczenie. Wyraźnie było słychać odgłosy standardowego funkcjonowania szpitala dochodzące zza drzwi. Furkoczące koła wózków i łóżek i inne tego typu dźwięki.

Nie miałem gotowej odpowiedzi na to pytanie. Chodź wydaje się, że Tsunade i tak jej nie oczekiwała.

- Mam jeden podstawowy warunek, Tsunade. – powiedziałem w końcu.

Wyraz jej twarzy momentalnie się zmienił. Spoważniała.

- Zamieniam się w słuch.

- Moi ludzie są na terenie Amegakure nietykalni.

- Masz na myśli Akatsuki?

- Tych którzy zostali. Ponadto jeżeli Konoha będzie wtrącać się w sprawy wewnętrzne Ame już teraz możecie zacząć przygotowania do wojny. Chodź obawiam się, że nie zda wam się to na wiele.

- Rozumiem. Jednak jeżeli znajdą się na terenie Kraju Ognia zostaną potraktowani zgodnie z naszym prawem. Odpowiada ci to?

Kiwnąłem jej głową. Wstała.

- W takim wypadku jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałabym z tobą omówić.

- Słucham.

- Kiedy walczysz z przeciwnikiem o mniejszej sile Sześć Ścieżek pozwala wszystko znacznie przyspieszyć, co? – spytała.

Jak do tej pory ta rozmowa może i była zaskakująca, ale mniej więcej można było przewidzieć jej przebieg to w tym momencie Godaime zbiła mnie z tropu.

- Do czego dążysz?

- A kiedy walczysz z przeciwnikiem o tej samej lub większej sile? Co wtedy robisz?

W tym momencie sam musiałem się przed sobą przyznać, że przestałem za nią nadążać.

- Do tej pory nie było takiej sytuacji. – odparłem zgodnie z prawdą.

- Madara potrzebuje twoich oczu. Uważasz, że dzielenie swojej siły przez sześć i próba ochrony swojego prawdziwego ciała jest w tym przypadku dobrą strategią? – spytała, a ja szerzej otworzyłem oczy ze zdziwienia co zdarza mi się raczej rzadko.

Ona nie miała prawa tego wiedzieć. Mogła zdawać sobie sprawę z istnienia pozostałych ścieżek, ale nie ma możliwości by dowiedziała się o tej technice takich szczegółów przez zaledwie tydzień. Osobiście dopilnowałem by wszelnie wzmianki na temat rinnegana zniknęły z większości zwojów, co zajęło mi ponad dziesięć lat.

- Uprzedzę twoje pytanie. – stwierdziła. – Osoby pod wpływem silnych środków przeciwbólowych i nasennych są po wybudzeniu dość podatne na sugestie. W szczególności jeżeli ktoś jest do tego stopnia rozchwiany emocjonalnie jak ona.

Konan.

Tsunade musiała zrobić jej przesłuchanie w którymś z momentów kiedy nie było mnie w sali, a później podać jej dodatkową dawkę leków, żeby znów ją uśpić.

Cudownie. Kurwa, po prostu cudownie.

Nieistotne. W obecnej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak dowiedzieć się do czego ona dąży. Chodź mam wrażenie, że zaczynam rozumieć.

- W sumie zgadza się. W tym przypadku lepiej by było skupić energię, a nie ją rozpraszać. Ale nawet gdyby to było możliwe to jaką mam gwarancję, że w trakcie leczenia mojego rzeczywistego ciała po prostu mnie nie zabijesz, a moich oczu nie przeszczepisz komuś łatwiejszemu do kontrolowania i przychylnemu Liściowi?

Uniosły się jej kąciki ust i zmrużyła lekko oczy.

- Moim priorytetem w tym momencie jest jak największe odsunięcie w czasie Czwartej Wojny, tak abyśmy mogli się na nią przygotować i nie dopuścić do rozpoczęcia techniki Nieskończonego Tsukiyomi. Jeżeli zrobiłabym to o czym mówisz wywołałbym kolejny konflikt między Deszczem a Liściem co osłabiłoby naszą pozycję w stosunku do Madary. Ponadto jeżeli ktoś nie ma kekkei genkai od urodzenia a jest ono jedynie w jakiś sposób wszczepione nigdy nie będzie w stanie wykorzystać w pełni jego możliwości.

- Pozostała więc możliwość zniszczenia moich oczu.

- Tu też błąd. Przechwyciliśmy niektóre dokumenty dotyczące prac Orochimaru. Jeżeli dysponujesz sharinganem Uchihów, dna Hashiramy i odpowiednią ilością czasu to jesteś w stanie wyhodować to co w tym momencie znajduje się w twoich oczodołach.

Czyli jednak to możliwe… Połączenie klanów Senji i Uchiha.

- Rozumiem. Akurat w tym przypadku czas działa na naszą niekorzyść. Jednak zależnie od tego co zrobisz możesz mieć kogoś kto w pełni włada tym dojutsu, ale niepewnego co do lojalności, lub kogoś kto dopiero uczy się go używać, ale pewnego co do jego zamiarów. Madara już kiedyś przebudził rinnegan, więc nie będzie miał problemu z jego kontrolą nawet jeżeli, tak jak wspominałaś, zostanie on “wyhodowany” w tym momencie. Jeśli pozostawisz sprawy swojemu biegowi i ja nadal będę żył używając Sześciu Ścieżek to rzeczywiście muszę przyznać, że nie ma gwarancji na to, że wygram konfrontację z Madarą. Dochodzi sprawa konfliktu zbrojnego między Amegakure a Konohą, który osłabi siłę obydwu wiosek. Teraz widzę logikę w twoim toku rozumowania, Tsunade. Jest tylko jeden mały problem. Moje ciało jest tak zdewastowane, że nawet tobie nie uda się doprowadzić go do sprawności, nie mówiąc już o gotowości do walki.

Zaśmiała się pod nosem.

- Nie lekceważ mnie.

|/| Proszę o wybaczenie….

…ale chleję i nie mogę się zebrać do tej bardzo poważnej notki, która teraz przypada w mojej historii. Za to napisałam dziś wstawkę |12,(05) + x| x ∈ N+

Ta wstawka jest dość istotna i dotyczy osób, które się do tej pory nie pojawiły w tej pisaninie.

Jednym słowem – blog w żadnym wypadku nie został zarzucony. Po prostu notka, którą muszę teraz napisać jest dość ciężka w wykonaniu.

Przepraszam za obsuwkę. Głównie Mei. ;)

|12| I wtedy wchodzi O N A . Cała na biało.

###OD AUTORKI: Nom… Szybko napisana, bardzo specyficzna notka. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami (tj. historią mojego kolegi ratownika medycznego, który opowiedział mi kiedyś o weteranie wojennym, któremu podali „głupiego jasia”. W tej historii nie było „jarzeniówki”, ale był „pierdolony pomidor”, którego pielęgniarka miała zabrać z „tego jebanego parapetu”. Tak, dobrze myślicie. Na parapecie nie było żadnego pomidora. 

A więc „Konan out of control”.

Notka pisana przy dźwiękach utworu Pixies – Where is my mind. Pozwala on się wczuć w stu procentach w to co tu jest napisane, więc polecam. Endżoj.# ##

Boże, jak jasno.

Biel i światło.

Czyli tak wygląda druga strona?

Tylko czemu bolą mnie od tego oczy?

Czy tutaj też ma się oczy?

Kurwa.

To jest jarzeniówka.

Pierdolona jarzeniówka.

Ja-rze-niów-ka.

Świeci mi w oczy.

Za jakie grzechy?

Drogą dedukcji dochodzę do wniosku, że po drugiej stronie nie ma jarzeniówek.

Tak przynajmniej kiedyś mówiła mi siostra mojej matki.

Taka ciotka.

Która była nawiedzona.

A przynajmniej ja tak twierdziłam jak byłam mała.

Nie wiem. Nie lubiłam jej.

Za dużo mówiła o tym, że niedługo wybuchnie wojna.

Wróć.

Ale przecież potem wybuchła. Nawet były dwie.

Trzy nawet.

Bo przecież jeszcze ta domowa.

Boże. JA-RZE-NIÓW-KA.

Niech ktoś zgasi tą pierdoloną ja-rze-niów-kę.

W ogóle bytność pierdolonej-jarzeniówki-świecącej-mi-w-obolałe-oczy-które-chyba-jednak-nie-są-do-końca-oczami-trupa-takie-mam-przynajmniej-wrażenie-chyba uświadamia mi rzecz następującą:

Drogą dedukcji doszłam do tego, że…

O czym ja w ogóle myślę?

Przecież to nie ma najmniejszego sensu.

Gdzie jestem?

Aha. JA-RZE-NIÓW-KA.

Więc drogą dedukcji, po długich i głębokich rozważaniach stwierdzam, że mam nad głową ja-rze-niów-kę i bolą mnie od niej oczy.

Mogłabym je zamknąć.

Ale w sumie poruszanie powiekami jest jakieś teraz takie utrudnione.

W ogóle czy ja mam powieki?

CO?!

Jak mogłabym nie mieć powiek? O czym ja…?

Przecież mrugam… jak patrzę na ja-rze-niów-kę.

Niech ktoś to zgasi…

Ktokolwiek.

Nagato, zgaś światło.

Dlaczego nie chcesz zgasić światła?

Że co..?

Właściwie co ty robisz w pokoju z ja-rze-niów-ką?

Przecież powinnam przed tobą uciekać.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Jak to nie?

Jak już tu jesteś to zgaś światło.

Dlaczego nie?

Sama zgaszę.

Nie trzymajcie mnie!

To znaczy nie trzymaj.

Jak ja nienawidzę jak jest cię więcej niż jeden w tym samym momencie.

Po co tyle cię na raz?

Jakie kroplówki?

Że co?

Że wyrwę?

Ale po co mi te kroplówki?

Tak, zostanę tu, ale zgaś tą cholerną JA-RZE-NIÓW-KĘ?

Jaki oddział?

No i co?

Przecież tam jest kontakt! ZGASZĘ!

Dlaczego nie mogę?

Nie, nie chcę nic na uspokojenie.

Przecież jestem spokojna! Normalnie z tobą rozmawiam!

Chwilę… dlaczego ja z tobą rozmawiam?

Nie powinno mnie tu być.

Nie, ja naprawdę nie chcę nic na uspokojenie.

Chcę tylko, żeby zgasła JA-RZE-NIÓW-KA.

Puść mnie.

Nie dotykaj mnie  j e g o  rękami!

Powinniśmy go pochować już dawno temu.

Puść mnie do cholery!

O, ciemność.

Tak.

Dokładnie o to mi chodziło.

Dziękuję, Nagato.

Właściwie to co tu robię?

Jak to?

Ale, że naprawdę?

I co masz zamiar teraz zrobić?

Jak ja?

Że niby ja mam coś robić?

Ale, że tak oddzielnie?

Dobrze się czuję, możemy rozmawiać teraz!

Nie kłóć się ze mną.

Nie krzycz.

W sumie, to nie pamiętam kiedy ostatnio krzyczałeś.

Boże.

Pamiętam.

Czy mogę prosić ⅙ ciebie o opuszczenie tego pomieszczenia?

Po co?

Bo patrzenie na ciebie jest gorsze od JA-RZE-NIÓW-KI!

To znaczy nie na ciebie.

Kurwa mać, przecież wiesz o co mi chodzi.

Jak to nie wiesz? Z reguły to ty mi odpowiadasz na pytania.

Wyjdź.

Jak to nie możesz?

Dlaczego?

Wyjdź, bo to ciało od samego początku tego cyrku jest samo w sobie pierdolonym wyrzutem.

Proszę Tendo o opuszczenie pomieszczenia.

Mówiłam ci nie krzycz.

Nie jestem przecież zdolna do normalnej rozmowy. Nie możesz teraz na mnie krzyczeć.

W ogóle dlaczego ja nie jestem zdolna do normalnej rozmowy?

Co się stało?

Kto to…?

Co  O N A  tu robi!?

Szanowna Tsunade, proszę o wzięcie ode mnie tej strzykawki. Wewnętrzna intuicja mówi mi, że znajduję się na terenie Amegakure, chodź muszę przyznać, że chyba nie powinnam tu być, ale to oznacza, że prawo międzynarodowe uniemożliwia ci ingerencję w moją nietykalność osobistą…

Tak, mam dużo papierkowej roboty.

A ty nie?

Jako Hokage?

Liść jest w sumie większy. …Chyba.

W ogóle słyszałeś? Nie można na mnie teraz krzyczeć.

I tak nie będę pamiętać?

Ja pamiętam wszystko dokładnie. Tylko do tego nie przyznaje!

Całe pierdolone życie się do tego nie przyznaję.

Właściwie to do czego?

No i Tsunade-sama, dlaczego ja w ogóle z tobą rozmawiam?

Że jak to spotkałyśmy się w kasynie?

Chociaż w sumie to możliwe. Jirayia-sensei kiedyś mi o tobie dużo opowiadał… Hej… Ale czy Amegakure nie jest w stanie wojny z Konohą?

Nie?

Ano w sumie to nie. Już nie. No ale czekamy na kolejną, nie? Do trzech razy sztuka!

No ale przecież Akatsuki…

Jak mam się tym nie przejmować?

Moment.

Wy do mnie mówicie, żeby wbić mi tą cholerną strzykawkę.

Nagato, mówiłam żebyś wyszedł.

ŚWIECI SIĘ.

Znowu zapaliliście JA-RZE-NIÓW-KĘ!

W jakim szoku?

Nie?

Że to narkoza?

Po co mi była narkoza?

Zgaście tą ja-rze-niów-kę!

Proszę….

Ja już o nic w tym swoim życiu nie proszę tylko o zgaszenie ja-rze-niów-ki…

Może i jestem niemożliwa, ale właściwie co w tym wszystkim jest możliwe?

Wbiliście mi to!

I ja-rze-niów-ka nadal się świeci.

Nienawidzę was obojga.

Cholera, znowu robi się ciemno.

Ale w sumie tak chciałam.

Może lepiej…?

Przynajmniej jak zamknę powieki to nie widze ja-rze-niów-ki.

***

Otworzyłam oczy. Pierwsze co zobaczyłam to białe ściany i rtęciowa lampa nad moją głową. Patrzenie w tamtym kierunku okazało się wręcz bolesne.

Z jakiegoś powodu, podświadomość wyrzuca mi słowo “JA-RZE-NIÓW-KA”. Akcent na każdą sylabę. Nie wiem o co chodzi…

To nie mój pokój. Zdecydowanie.

Podniosłam głowę na nieznaczną wysokość. Okazała się cięższa niż myślałam…

W ręce kroplówka.

Spojrzałam na siebie. Miałam na sobie swoją ulubioną piżamę.

Z krótkim rękawem.

Z hello kitty.

Różową.

JAK?!

Moment.

Co ja tu w ogóle robię..?

No i w tym momencie wchodzi O N A . C a ł a   n a   b i a ł o .

Natychmiast poderwałam się ze szpitalnego łóżka, chwytając pierwsze co wpadło mi w ręce. Była to szklana butelka wody, leżąca na szafce obok o którą natychmiast została rozbita. I tak oto stanęłam w rogu małego pokoju, z walącym sercem, zawrotami głowy i szklanym tulipanem w ręku. Stelaż na którym wisiała wcześniej wspomniana kroplówka huknął o podłogę, a ja poczułam jak z ręki w której jeszcze przed momentem miałam wbity wenflon na boki tryska krew, na podłodze mieszając się w wcześniej rozlaną przeze mnie wodą.

Godaime patrzyła na mnie z dezaprobatą.

Ku mojemu zaskoczeniu nie próbowała złamać mi karku, zmiażdżyć krtani, uderzyć ciężkim narzędziem, zadać ran ciętych lub szarpanych, a jedynie stała w drzwiach i patrzyła na mnie z cholerną dezaprobatą.

Nie próbowała też przebić mi klatki piersiowej na wylot…

Zamrugałam kilkukrotnie oczyma.

Madara, Jirayia, burza, Nagato, żyję… cholera, a chyba nie powinnam… PAMIĘTAM!

Odruchowo, wolną ręką dotknęłam się w miejsce, w którym jeszcze do niedawna znajdowała się krwawa dziura.

Nie było po niej śladu.

Nic, kompletnie nic.

Nie rozumiałam.

- Uspokój się, Konan.

Tę frazę mogła do mnie powiedzieć tylko i wyłącznie jedna osoba, a ten fakt spowodował, że po raz kolejny serce podjechało mi do gardła.

Nagato, a właściwie ścieżka ludzi, stał oparty o futrynę w wejściu do, jak zdążyłam wywnioskować, szpitalnej izolatki.

Jego białe oczy wwiercały się w moją osobę z jakąś nienaturalną intensywnością, która zastąpiła dotychczasowe wrażenie zmęczenia.

- Wróć na łóżko. – polecił, widocznie również nie mając zamiaru pozbawiać mnie czynności życiowych, co wywołało we mnie kolejne fale rosnącej konsternacji i pomieszania.

Czerwone chmury jego płaszcza żarzyły się na tle białych ścian i białego kitla Tsunade.

Powoli odłożyłam zbitą butelkę na ziemię nie spuszczając z nich wzroku nawet na moment, po czym posłusznie usiadłam na łóżku. Krew nadal lała się mi z przedramienia, powiększając czerwono różowe jezioro, gdzieniegdzie ukraszone ostrymi odłamkami szkła, które rozszerzało swoje granice już praktycznie na całą podłogę w pomieszczeniu.

Nagato nie zmienił swojego położenia, podczas gdy Godaime ruszyła w moim kierunku. Nerwowo ścisnęłam w dłoniach prześcieradło. Tsunade, widząc to westchnęła i przymknęła na chwilę oczy. Nie rozumiałam jej reakcji (jak i wszystkiego co w tamtym momencie się działo), dopóki nie spojrzałam na swoją prawą dłoń, w której jeszcze chwilę temu dzierżyłam butelkę. Kolejny strumień krwi ściekał po stelażu łóżka i wsiąkał w pościel i materac.

Właśnie w tym momencie dotarło do mnie że boli mnie ręka.

Użyłabym innego określenia niż “boli”, ale przy tym co czułam ostatnio złamanie z przemieszczeniem może zasłużyć jedynie na przymiotnik “niekomfortowe”.

Kiedy rozluźniłam uścisk na prześcieradle zobaczyłam kawałek mięsa wystający z dłoni, wiszący na skórze.

Musiałam nawet tego nie poczuć. Chyba z nadmiaru wrażeń.

Godaime podeszła do mnie, zmierzyła wzrokiem i nadal milcząc wzięła się za leczenie zarówno mojej pokiereszowanej dłoni jak i porozrywanych żył na drugiej ręce.

Kurwa.

Co tu się dzieje?!

Patrzyłam na nią oczyma jak spodki. A za nią dopiero dojrzałam mój “służbowy” płaszcz przewieszony przez oparcie krzesła stojącego obok szafki.

Z ziejącą, okoloną potężną plamą z krwi postrzępioną dziurą na wysokości mniej więcej serca, co dodawało obecnej sytuacji jeszcze intensywniejszego kolorytu.

Nagato już na mnie nie patrzył. Nadal jednak stał oparty o futrynę, tym razem z zamkniętymi oczyma i głową skierowaną w sufit.

Może to… ?

Nie.

Kurwa.

Nawet ja nie mam tak napierdolone w głowie, żeby tak wyglądała moja iluzja podczas Planu Księżycowe Oko.

Czyli to się dzieje.

Naprawdę.

Jestem tu.

Siedzę tu.

A Piąta leczy mi rękę z takim skupieniem i zaciętym wyrazem twarzy, że jeżeli cokolwiek znalazłoby się między jej oczami, a moją raną to prawdopodobnie zostałoby to przecięte jej spojrzeniem.

Żyły całe.

Dłoń sprawna.

Parę razy poruszałam ręką. Zacisnęłam pięść. Nie boli.

Podniosłam wzrok na Tsunade. Potem znów spojrzałam na Nagato.

Nie uzyskałam odpowiedzi.

Żadnej.

Piąta przez moment stała i patrzyła na to jak ruszam tą cholerną ręką.

Potem bez słowa obróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z pomieszczenia zostawiając krwawe ślady butów na do tej pory czystym kawałku podłogi obok drzwi. Minęła Nagato, ale zamiast wyjść stąd całkiem, weszła do pomieszczenia do którego można było wejść z malutkiego korytarzyka przed drugimi drzwiami, prowadzącymi najpewniej na główny korytarz w szpitalu. Pomieszczenie później okazało się łazienką, ale w tamtym momencie nie miałam zbytnio czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo stało się coś co spowodowało, że szczęka już całkowicie opadła mi do podłogi.

Otóż Tsunade wyszła z owej łazienki trzymając w ręce mopa.

Władczym gestem wręczyła go Nagato, który zaszczycił ją w tamtym momencie spojrzeniem spod wpół przymkniętych powiek.

Wziął od niej mopa i bez słowa zaczął zmywać podłogę w pokoju.

Tsunade wyszła i trzasnęła drzwiami znad których posypał się tynk.

|11(,5)| Dokładna data jest nieistotna. Dzień rozpadu Akatsuki. Rok Koguta.

To co się tutaj stało trwało zaledwie piętnaście minut.

- Ona jest jedyną osobą, która w tym momencie jest w stanie ją wyleczyć. Nauczyłem cię wielu technik, jednak nie pamiętam byś wykazywał jakiekolwiek zdolności w medycznych jutsu. Opuść broń i się cofnij.

Patrzyłem na niego przez moment, a później rzeczywiście cofnąłem się o dwa kroki i wsunąłem ostro zakończony, stalowy pręt z powrotem do rękawa. Właściwie to każde z moich ciał się cofnęło. Godaime, którą do tej pory trzymałem za gardło opadła na kolana i zaczęła się krztusić.

- O czym ty w ogóle mówisz stary głupcze!? Zaatakuj go! – wrzasnęła rozjuszona Hokage, która zdążyła się już pozbierać z ziemi.

Patrzyłem przez moment na tę scenę z pozycji milczącego widza nie podejmując żadnego działania.

- Wylecz ją. – powiedział mój dawny mistrz, tonem niecierpiącym sprzeciwu, o który nigdy bym go nie posądzał. Tym bardziej w stosunku do tej kobiety.

- Jiraiya..! – krzyknęła lecz on nie dał jej dokończyć zdania.

- Wylecz ją. – powtórzył w dokładnie taki sam sposób jak poprzednio.

Tsunade nadal stała i patrzyła na niego ze zszokowanym wyrazem twarzy.

- Czy jest coś trudnego do zrozumienia w zdaniu „Wylecz ją”? – spytał.

Zmarszczyłem brwi. Sytuacja była kuriozalna. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta rzeczywiście ruszyła w kierunku ciała Konan, pochyliła się nad nią, wciąż patrząc na Jiraiyę z niedowierzaniem, najpewniej upewniając się co do tego co usłyszała. Kiedy wokół jej dłoni pojawiła się zielona aura, mistrz obrócił się w moim kierunku.

- Następnym razem licz ropuchy. Wymazałeś pamięć mi, Gamabuncie, Fukasaku i Shimie, ale była jeszcze jedna, którą wysłałem do Konohy. Właściwie to nie spodziewałem się po tobie tak podstawowych błędów… Znam przebieg całej naszej wcześniejszej rozmowy, Nagato.

Zignorowałem jego słowa. Nie miał zamiaru atakować. Stał z ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma odwzajemniając moje spojrzenie. Tsunade nagle podniosła głowę i zwróciła się do niego, zdając się nie zauważać mojej obecności.

- W tych warunkach i przy tak rozległych obrażeniach mogę jedynie zatamować krwawienie i utrzymywać ją przy życiu, ale dalszej pomocy mogę udzielić jej jedynie w szpitalu.

Jiraiya jej nie odpowiedział.

- Macie w Amegakure jakiś szpital, prawda? – zapytał patrząc mi prosto w oczy. Właściwie w oczy Tendo.

Kiwnąłem mu głową, podczas gdy Godaime najwidoczniej będąc w szoku patrzyła raz na niego, a raz na mnie, skacząc wzrokiem między wszystkimi z ciał, w przeciwieństwie do Jiraiyi, który od początku jak się tutaj pojawiłem patrzył tylko na główną ścieżkę.

- W takim wypadku ruszajmy, chyba że zmieniłeś się na tyle, że nawet jej życie jest ci obojętne. – skwitował z ironią.

Milcząc podniosłem rękę w kierunku Konan i Tsunade. Obydwie poderwały się z ziemi i zawisły w powietrzu. Godaime widząc mój ruch momentalnie przerwała technikę i była gotowa do ataku bądź ewentualnej obrony, jednak mistrz powstrzymał ją gestem dłoni i wróciła do leczenia Konan.

Zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku Wioski z dość dużą prędkością.

|11| Nigdy nie wiesz kogo masz za plecami

Ciemność. Mam przed oczyma ciemność.

Czarne chmury i oślepiające światło błyskawic.

Niewiele myśląc zeskoczyłam z dachu. Rozłożyłam skrzydła. Wiatr natychmiast porwał mnie i cisnął o najbliższą ścianę.

Usłyszałam zgrzyt giętego metalu.

W ostatnim momencie odepchnęłam się od budynku i złożyłam skrzydła pikując pionowo w dół.

Nie mogę lecieć. Wiatr by mnie dosłownie rozszarpał.

Strugi wody smagały mnie po twarzy praktycznie zalewając mi oczy.

To już nie był deszcz.

To był cyklon.

Gdzież pode mną przemknął szyld sklepowy.

Deski.

Dykty.

Gazety.

Szmaty.

Uderzały o ściany, obok hektolitrów wody, układając się w dźwięki specjalnie dla mnie skomponowanego marszu pogrzebowego. A ziemia zbliżała się coraz bardziej.

Moje skrzydła rozpadły się na pojedyncze kartki natychmiast porwane gdzieś. Gdziekolwiek. Nie miało to już żadnego znaczenia gdzie.

Nie wrócę tu nigdy.

Może jednak spaść..?

Będąc paręnaście metrów od gruntu kolejny raz odbiłam się od stalowych rur, zmieniając kierunek ruchu z pionowego na praktycznie poziomy.

Stopami dotknęłam ziemi. Woda sięgająca kostek rozprysła się pod uderzeniem. Zgięłam kolana, rozproszyłam część energii kinetycznej za pomocą czakry i natychmiast zaczęłam biec walcząc z wiatrem i wodą.

Zaszczute zwierze. Tym jestem w tym momencie.

Rwałam obcasami bruk.

Na ulicach nie było nikogo.

Logiczne. Ludzie boją się gniewu niebios.

Grzmoty błyskawic zagłuszały moje myśli.

Instynkt przejął nade mną całkowitą kontrolę.

Mijałam kolejne ulice. Kolejne domy. Kolejne sklepy i lokale.

Obleczone stalą ściany, wyglądające jakby za moment miały zawalić się i pogrzebać mnie żywcem.

Czułam krew pulsującą w żyłach.

Robiłam kolejne uniki uchylając się przed wszelkim latającym śmieciem, większym bądź mniejszym.

Dogoni mnie.

Prędzej czy później.

Może się poddać..?

Prymitywna chęć zachowania oddechu kazała mi jednak biec na złamanie karku.

Przed siebie. Byle dalej.

Bruk.

Deszcz.

Grzmot.

Szczęk i zgrzyt.

Do tego mój puls. Gdzieś w tle, pulsujący w skroniach.

Walące się w mojej głowie budynki zaczęły się rozstępować.

Zachodnie wyjście z Wioski przede mną.

Miałby jakiekolwiek opory?

Dał mi uciec.

Minęłam bramę. Ostatni raz. Coś zakuło mnie pod żebrami, obok mostka, lekko z lewej.

Było to porównywalne do odłamków szkła wpijających się od wewnętrznej strony kości.

Jednak biegłam dalej, a woda i wiatr nadal szargały mną na wszystkie strony. Krople… nie, strumienie deszczu raniły mi każdy odsłonięty kawałek ciała.

Fale, woda, las.

Wokół mnie pojawiły się gnące się ku ziemi drzewa. Słyszałam trzask łamiących się gałęzi i huk napierajacych na siebie mas powietrza.

Po co uciekam? Przecież doskonale wiem, że nie zdołam uciec w tych warunkach.

Jestem bezduszna. Mogłam mu tego oszczędzić i załatwić to sama. Dlaczego tego nie zrobiłam? Brakło mi odwagi?

Tuż przede mną runęło kilkunastometrowe drzewo. W ostatniej chwili odskoczyłam, czując że gdy tylko moje stopy odrywają się od podłoża, to znów wiatr robi ze mną co chce. Złapałam się jednego z nienaturalnie odkształconych pni i z całej siły odepchnęłam się ku ziemi. Śliskie błoto na którym wylądowałam ledwie dało mi ustać.

Ale biegłam dalej.

Powtarzam pytanie: po co?

Nagle usłyszałam świst. Długie, stalowe ostrze odcięło mi końcówki przemokniętych do cna włosów, gdy uchyliłam się w tył.

Katana?

“To nie Nagato” przeleciało mi przez myśl.

- Naprawdę myślałaś, że pozwolę ci odejść? – usłyszałam znajomy głos tuż nad uchem.

Głos napawający mnie szczerym wstrętem.

Madara.

Zwiększyłam dystans chcąc zyskać na czasie.

- Myślałam, że nie będziesz się wtrącał. – powiedziałam najbardziej spokojnym tonem na jaki było mnie stać w tym momencie, jednocześnie prostując plecy i patrząc na niego z nienawiścią przez spadające z nieba oceany wody. Pomarańczowa maską wściekle jarzyła się na tle zszarzałego, smaganego wiatrem lasu.

- I pozwolić odejść komuś, kto posiada tyle informacji? Musiałbym być głupcem. – odparł przebijąc się jakimś cudem przez huk ulewy.

- Myślałam, że nie lubisz brudzić sobie rąk.

Zaśmiał się podnosząc ostrze miecza w moim kierunku.

- Racja. Jednak wiedziałem, że Nagato nie będzie w stanie cię zabić. Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś ostatnia rzeczą która stoi mu na drodze do jego marzenia? – ciągnął, podczas kiedy ja robiłam wszystko by nie dać wytrącić się z równowagi pod wpływem, jednocześnie odczuwanych, narastającej wściekłości i rozpaczy spowodowanych tym co właśnie powiedział. – A właściwie nie jego. Jak nazywał się wasz przyjaciel? Yahiko…? – przekrzykiwał burzę, a mnie, na to co powiedział, krew jeszcze bardziej zagotowała się w żyłach.

- Nie mieszaj do tego Yahiko. Wystawiając jego imię bezcześcisz je! Skąd w ogóle wiedziałeś, że chcę opuścić wioskę?! – odpowiedziałem, szykując się do ataku.

- Obserwowałem was od dłuższego czasu. Nawet nie masz pojęcia jak zabawne było obserwowanie waszych prób ocalenia życia byłego mistrza… Udało się wam. Tylko jakie ma to znaczenie w obliczu ostatecznego celu? Jiraiya mógł żyć wiecznie w prawdziwie realnym świecie. Waszym wymarzonym świecie. Odrzuciłaś to? Twój wybór. …Ale wiesz, w sumie to ostatnie czego się po tobie spodziewałem to zdrada. A jednak… Jak się z tym czujesz? Po tylu latach zostawiłaś swojego jedynego przyjaciela. Jak możesz? – pytał, opierając się na ostrzu miecza, który wbił w ziemię przed sobą, wyraźnie mnie lekceważąc – Widziałem każdy wasz ruch. Kiedy poszłaś do wieży głównej oczywiste stało się dla mnie to, co chcesz zrobić. Szkoda tylko, że Nagato nie potrafił załatwić tego należycie. No, ale jeszcze nic straconego. Jest piętnaście minut drogi stąd. W sam raz by pozbierać to co z ciebie zostanie. Może jak wyprawi ci ładny pogrzeb, to dotrze do niego, że to do czego przywiązywał się w tym świecie to jedynie fałszywe rojenia.  - ironizował nadal, podczas gdy w najbliższe drzewo uderzył piorun.

Światłość i huk.

A jego słowa były dla mnie jak kolejne policzki.

Z d r a j c a. To słowo właśnie migało mi przed oczyma.

- A mogłaś mieć wszystko. Rodzinę, dom, tę twoją upragnioną stabilizację… No ale cóż. Dziś zostaniesz kolejną ofiarą idei. Jednak uważasz, że cel nie uświęca środków? Czym jest twoje cierpienie przy cierpieniu wszystkich tych ludzi, których chcieliście uratować od wojen? Już zapomniałaś? Nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia?  - kontynuował.

Dosłownie każdy najsłabszy punkt.

Wbiłam wzrok w ziemię.

Przerażało mnie to jak bardzo zgadzam się z tym co właśnie usłyszałam.

- No, ale skoro już tu jestem, to nie mam zamiaru walczyć z kimś kto nawet nie próbuje się bronić… Dobrze wiesz, że cię prowokuję, prawda?

Oczywiście, że wiem.

I nie.

Może gdyby przede mną stał Nagato to nie próbowałabym się bronić.

Ale Uchisze nie dam tej satysfakcji. Nie dziś. Choćby próba zabicia go miała być ostatnią rzeczą jaką zrobię w życiu.

- Może w tych ostatnich chwilach życia pocieszy coś fakt, że podzielisz los całej reszty starego Akatsuki?

Natychmiast podniosłam głowę.

- O co ci chodzi? – odkrzyknęłam. Wichura wymagała się z każdą chwilą.

- Wszystkich ich zabiłem własnoręcznie. Tylko wasz stary przywódca. Co do niego… jedynie dostarczyłem odpowiednich informacji, przez odpowiednich łączników czcigodnemu Hanzo.

Zacisnęłam pięści.

- Łżesz! To Konoha…! – wrzasnęłam, natychmiast tego żałując, kiedy usłyszałam jego szyderczy śmiech.

Tak. Dałam się wyprowadzić z równowagi.

- Po co miałbym okłamywać kogoś, kto za parę minut spotka się z bóstwami, o ile takie istnieją? Co do Konohy to dokładnie tak mieliście myśleć. Przecież jakoś musiałem wprowadzić Nagato w odpowiedni tok myślenia, prawda?

Ciepłe łzy zmieszały się z lodowatym deszczem na moich policzkach. Przymknęłam powieki, czując jak w środku wypełnia mnie wszechogarniające poczucie wściekłości i bezsilności.

Całe moje życie było kłamstwem, niezależnie od tego czy Uchiha teraz mówił prawdę czy nie.

Może to wszystko już od początku nie miało sensu. Może zgubiłam się w ideałach. Może w życiu popełniałam jedynie coraz to nowe błędy. Może nie wsparłam Nagato wtedy kiedy tego potrzebował. Może nadal nie potrafię pogodzić się z tym co stało się z Yahiko i nadal się o to obwiniam. Może ta sytuacja to jedynie suma moich błędów i sama sobie na to zasłużyłam?

Może.

Ale nawet jeżeli moje życie do tej pory było jednym wielkim nieporozumieniem, to dziś rozegram ostatni jego akt tak bym mogła odejść w spokoju.

Zabiorę tego sukinsyna ze sobą.

- Ty jesteś jedynie ciemnością. Światem, w którym schną i giną wszystkie kwiaty. – powiedziałam już całkiem spokojnie na tyle cicho, że nie byłam pewna czy Madara w ogóle usłyszał moje słowa w otaczającym nas huku.

Złożyłam ręce w kolejne pieczęcie. Papierowe ostrza przebiły się przez wicher i przeszły przez Uchihę na wylot.

Jutsu czasoprzestrzenne. Słyszałam o tym.

Kolejne pieczęcie. Tony papieru przecinały powietrze, wodę i wszystko co zastały na swojej drodze łącznie z co najmniej hektarem lasu znajdującego się za Uchichą. Huk i tak smaganych przez wiatr drzew, teraz zamienionych w wiór, był ogłuszający. Jednak każda z kartek przelatywała przez mojego przeciwnika nie robiąc mu krzywdy.

Naglę poczułam drgnienie. Technika została naruszona. Nie widziałam co dzieje się przede mną, jednak czułam, że kolejne z moich ostrzy zaczynają być odbijane.

Czyli jest tak jak myślałam!

Technika ma swoje ograniczenia czasowe podobnie jak “boskie pchnięcie” Nagato.

Jeżeli wykona technikę czasoprzestrzenną jeszcze raz nie będę w stanie zrobić tego co zaplanowałam.

Dziesięć minut.

Teraz.

Teraz albo nigdy.

Złożyłam ręce w kolejne znaki.

- Kami no Shisha no Jutsu! –  wrzasnęłam, wiedząc, że w tym momencie właśnie popełniam samobójstwo.

Podzieliłam się na kartki, oblepiając ciało Uchihy.

Rozdzierający ból przeszywał mnie za każdym razem kiedy dosięgnął mieczem kartek, które były moimi elementami składowymi.

To już nie ma znaczenia.

Dziesięć minut.

Pozostało jedynie utrzymać technikę. Jeszcze przez moment.

Ziemia pod nami rozstąpiła się. Morze kartek wirujących w wietrznym szale. Opadałam w otchłań, rozłożona na części pierwsze w uścisku z człowiekiem który zniszczył całe moje życie.

Całe życie, które było jedynie błędem. Nieudaną, bezwartościową opowieścią, którą autorka będąca jednocześnie główną bohaterką, jedynie wie jak zakończyć.

Moje życie było puste. Bez treści.

Kolejne wybuchy rzucały nami podczas kiedy spadaliśmy w niezmierzoną papierową rozpadlinę. Wybuchowe notki zaczęły reakcję łańcuchową.

To koniec. Reszta notek eksploduje tak czy inaczej.

Poczułam się lekko.

Gdzieś z lewej nadeszło gwałtowne szarpnięcie. Fala uderzeniowa i gorąco. Krew.

Krew Madary.

Uśmiechnęłam się w duchu.

To koniec.

Zmysły odmawiały mi posłuszeństwa.

Obraz przed oczyma zamazywał się.

Nie było już Uchihy. Nie było wściekłości i poczucia rozbicia.

Może Nagato sam znajdzie drogę do tego by być mostem do pokoju?

Ja zrobiłam wszystko co mogłam. Usunęłam z jego drogi Madarę. Tego, który zmanipulował go by zboczył z naszej pierwotnej ścieżki.

Ścieżki, którą wyznaczył nam Jiraiya-sensei.

Najprawdopodobniej straciłam przytomność z wycieńczenia, jednak nagle coś wyrwało mnie z ciepłej, przyjemnej ciemności.

Poczułam, że ciało praktycznie pozbawione czakry znów powróciło do swej jednolitej, niepodzielonej na karki formy. Ból rozrywał mi głowę i klatkę piersiową. Klęczałam na ziemi starając się opierać wichrowi i wodzie.

Gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc, niemal natychmiast się nim krztusząc. Huragan szalał nadal.  Po moich kartkach, jak i po rozpadlinie nie było żadnego śladu.

Jak i po Madarze.

W głowie pojawiła się tylko jedna myśl, która dosłownie zmroziła mi krew w żyłach.

Ja nie miałam prawa przeżyć tej techniki. Coś jest nie tak.

Natychmiast podniosłam się na równe nogi, ale wiatr znów rzucił mnie na ziemię, a świat przede mną zawirował. Podpierając się na jednej dłoni podniosłam wzrok w kierunku Ame i znów spróbowałam wstać.

Oparłam ręce o kolana. Tym razem ustałam, jednak zawroty głowy były niemiłosierne.

A może jednak wystarczyło mi czakry na to by przeżyć technikę sześciu milionów kartek papieru..?

Udało się?

- To koniec. Co zrobi ze mną Nagato nie ma już w ogóle znaczenia. Madara… – wyszeptałam sama do siebie, zachrypniętym głosem, jednak nie kończąc ostatniego zdania.

- …jest martwy? – usłyszałam tuż za sobą.

Przez ciało przeszedł mi dreszcz i szerzej otworzyłam oczy ze zdziwienia, jednocześnie czując jak metalowe ostrze gładko wchodzi w moją klatkę piersiową i wychodzi na wylot. Zobaczyłam skrwawiony pręt wystający mi z ciała i w tym momencie znów zrobiło mi się biało przed oczami.

Tylko, że tym razem z bólu.

Próbowałam łapać powietrze. Miałam wrażenie się się topię.

Krew wypełniała płuca.

Nawaliłam.

Nawet ten ostatni raz.

- Jak..? – wydusiłam, nadal próbując utrzymać się na nogach.

- Izanagi. Za cenę jednego ze swoich oczu osoba wykonująca technikę może połączyć iluzję i rzeczywistość. To zakazana technika klanu Uchiha. Tylko ci, którzy posiadają potęgę klanów Uchiha i Senju mogą go używać.

W tym momencie wyrwał pręt.

Światła zatańczyły mi w polu widzenia. Wiatr niemal natychmiast rzucił mnie na ziemię, ale znów się podniosłam, spluwając krwią pod nogi.

Spojrzałam na Uchihę.

Nie miał ręki.

- Wierzę, że bez ciebie Nagato wróci na właściwą drogę!. Ty… – wykrzyczałam, czując jak moją klatkę piersiową wypełnia płynne żelazo, poczynając od rany, z której chodź odrobinę starałam się zatamować krwawienie przy pomocy resztek czakry.

Wierzę!

Wierzę.

Wierzę..

Wierzę..?

- Naprawdę myślisz, że ludzie będą w stanie się zrozumieć? Że ta iluzja, którą ty nazywasz rzeczywistością jest warta jakiejkolwiek uwagi!? Potrafisz zaakceptować taki świat, podczas gdy masz na wyciągnięcie ręki miejsce, w którym nie ma wojen, cierpienia i tęsknoty?  Plan Księżycowe Oko jest jedynym rozwiązaniem. …I ty dobrze o tym wiesz.

- To jedynie iluzja. Wolę najgorszą rzeczywistość, gdzie wiem, że postąpiłam właściwie, od najpiękniejszego fałszu! – odkrzyknęłam sama nie wierząc w to co właśnie powiedziałam.

Zacisnęłam powieki z wściekłości.

Wolę?

Naprawdę..?

Wiem tylko tyle, że się nie poddam się.

Nie teraz.

To jedyna rzecz, która nie jest błędem. Będę walczyć z nim do końca.

To jedyna rzecz, której nie będę żałować w ciągu ostatnich dwudziestu lat mojego życia.

Znów splunęłam krwią na ziemię.

- Widzisz. W takim wypadku mamy poważną różnicę zdań. – rzucił.

Znów złożyłam dłonie w pieczęci.

Papierowe ostrza znów poleciały w jego stronę.

Ból, który czułam, był już praktycznie nie do zniesienia.

Odbił każde z moich ostrzy.

Jednym skokiem pokonał dzielącą nas odległość i bez większego problemu złapał mnie za gardło, podnosząc w górę.

Zaczęłam się dławić, już nie tylko krwią, ale i z braku powietrza.

Patrzyłam w jego świecące czerwienią oko.

Szarpałam się, jednak już po chwili nie miałam na to sił.

Koniec historii o Konan z Amegakure.

Przymknęłam powieki.

Nie dałam rady.

Przepra…

Nagle znów otworzyłam szeroko oczy. Uścisk na mojej szyi momentalnie zelżał.

Charakterystyczna biała burza włosów i pionowe, czerwone kreski pod oczami.

Jirayia..!

Na moment złapałam z nim kontakt wzrokowy, podczas gdy moje ciało spadało na ziemię, gdy Madara mnie puścił by obronić się przed atakiem Sannina.

Uderzyłam twarzą o mokrą ziemię i natychmiast straciłam przytomność.

_________________________________________

Bardzo przepraszam, że to tyle trwało. Jednak notka wreszcie jest.

Usprawiedliwiam się tym, że ostatnio nawet włączyć komputera nie miałam czasu, a pisanie na telefonie bardzo mnie męczy.

Pozdrawiam wszystkich, którzy to czytają i obiecuję, że postaram się aby następna notka była dużo szybciej :)