|09| Złote żurawie, absurdalne książki ze szczęśliwym zakończeniem i w sumie nic się nie dzieje …no chyba, że w mojej głowie. Tam dzieje się dużo.

„[...] Kiedy uchyliła drzwi, z jakiegoś powodu przeczuwała, że ktoś jest w pomieszczeniu, jednak nie cofnęła się. W tym momencie nie miało to już żadnego sensu. Resztka czakry nie pozwalała na zbyt szerokie pole manewru. Machinalnie sięgnęła do torby wyciągając z niej kunai. Ostrze błysnęło w mroku. Dalsza ucieczka nie wchodziła w grę. Nie będzie ofiarą. Nie dziś. Pchnęła drzwi, otwierając je lekko, po czym przestąpiła próg. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak zapamiętała. Meble w tym samym nieładzie, co te parę lat temu, nawet dywan zwinięty pod ścianą, o którego potknęła się przy tamtej ucieczce. Jedyną różnicą było to, że w tym momencie był zmurszały i zawilgnięty, a i w całym budynku zalegała warstwa kurzu zdradzająca, że okoliczne dzieciaki nie zrobiły sobie tu miejsca schadzek i alkoholowych imprez. Nie było czasu na takie rzeczy… Pierwszy krok. Stare deski zaskrzypiały pod jej stopami na moment wybijając się na pierwszy plan przed miarowy szum deszczu. Skrzywiła się i zaklęła w duchu. Jeżeli ktoś był wewnątrz, a było to całkiem możliwe, właśnie zdradziła swoją obecność, w tak idiotyczny sposób! Pocieszające jedynie było to, że najpewniej wszystkie z tych cholernych desek skrzypiały jak nieszczęście, więc potencjalny napastnik również najpewniej nie będzie w stanie poruszać się tutaj bezszelestnie. Zbliżyła się do ściany, dokładnie obserwując pokój. Powywracane sprzęty robiły upiorne wrażenie, kiedy przez powybijane już dawno okna wdzierał się blask błyskawic. Nie miała wyboru. Na zewnątrz ją znajdą, tutaj oczywiście też, jednak w zamkniętym pomieszczeniu łatwiej się bronić przed wieloma przeciwnikami, tak więc ten przepełniony melancholią i wspomnieniami przybytek był jedynym „racjonalnym” rozwiązaniem, tym bardziej, że posiadał tylne wyjście. Chyba, że je obstawili. Wtedy była trupem. Jednak w na odkrytej przestrzeni była trupem jeszcze bardziej, więc postanowiła mimo wszystko zostać w drewnianej chałupce. Mijała sekunda za sekundą. Nic. Nadal stała pod ścianą starając się oddychać jak najciszej, stojąc tuż za futryną, by mieć możliwość szybkiego ataku, jeżeli ktokolwiek wszedłby do pomieszczenia. Czas płynął, tak jak i zimny pot po jej gorących plecach, wciśniętych w ścianę. Było cicho. Słyszała jedynie bicie własnego serca i deszcz bębniący o przeciekający dach. Dali za wygraną? Nie wiedziała. Mogła jedynie czekać. I to długo. Cisza wwiercała jej się w czaszkę, w której cały czas kotłowała się jedna myśl. Oni mogą zwlekać, by wywabić ją z ukrycia. Dlatego na razie jej również pozostaje grać na zwłokę. Skupiła wzrok na ciemnym pomieszczeniu. W białych, momentalnych błyskach dostrzegła zarys przeszłości. Wywrócony stół, wspomniany już zawilgnięty i zwinięty byle jak dywan, pootwierane przez wiatr hulający po pomieszczeniu, szafki, w których stały resztki ceramicznych naczyń, chodź ich większa połowa leżała potłuczona na drewnianej podłodze przy aneksie kuchennym i na jego zakurzonym blacie. Spojrzała na ścianę. Trzy kawałki malowanego drewna. Dwa z nich były odwrócone czerwoną stroną na wierzch, co kiedyś miałoby oznaczać obecność dwóch osób. Uśmiechnęła się lekko. Wychodziło na to, że powinno być odwrotnie. Jedna deseczka czerwienią na wierzch, pozostałe na spód. Wróciła. Nie tylko tu, do tej od dawna opuszczonej chaty. Wróciła do „domu”, chodź nazywanie domem kawałka ziemi rozgorzałego od walk, miało w sobie coś niepokojącego. Mimo to tu jest, chodź wszyscy troje byli celem, a jej wydawało się, że dłużej już po prostu tego nie zniesie. Dlatego wyjechała. Wytrzymała poza Wioską niecałe dwa miesiące. Teraz wróciła, nawet nie wiedząc co zastanie. Sytuacja potrafiła się zmienić diametralnie w ciągu jednego tygodnia. Chodź słowo „diametralnie” nie obejmowało jednego przypadku. Nie łudziła się, że gdy wróci to panować będzie pokój. Chyba już dawno przestała się łudzić. Inną rzeczą były sprawy osobiste, chodź nadal nie potrafiła się przed sobą przyznać, że i one miały dość duży wpływ na jej decyzję o opuszczeniu kraju. Miała dwadzieścia lat i wojnę na przedsionku domu. Do tego jej twarz widniała w tutejszej księdze Bingo. Stąd te tłumy za nią. Może powinna…

I tu nie skończyła myśli, bo poczuła jak ktoś zręcznym ruchem odrywa jej ciało od ściany, łapie ją od tyłu, za brzuch, przytrzymując obie jej ręce mocno przyciśnięte do tułowia, a drugą dłonią zatyka jej usta. Momentalnie napięła wszystkie mięśnie i na tyle ile pozwalał jej zakres ruchów szarpnęła się gwałtownie w tył. Poczuła na uchu muśnięcie włosów napastnika, kiedy położył na jej ramieniu głowę, by uniknąć uderzenia nią o drewnianą ścianę. Głuchy dźwięk rozszedł się po pomieszczeniu, stary, acz widocznie solidnie wykonany budynek skrzypnął jedynie, podczas kiedy szamocząca się dwójka dość wyraźnie się zachwiała. Uścisk jednak nie zelżał, a ona nie była w stanie nawet poruszyć ręką, w której trzymała broń.

- Miło cię widzieć. – stwierdził w końcu nieznajomy, głosem niepozbawionym nutki sarkazmu.

Słysząc te słowa, ton i barwę tego głosu kobieta skamieniała, a dłoń którą do tej pory miała zatkane usta została opuszczona.

- To ty…? – spytała z lekkim niedowierzaniem. – Co ty tutaj w ogóle robisz? – dodała wciąż zadziwiona, kiedy uścisk lekko zelżał, jednak nie całkowicie.

- O to samo mógłbym zapytać ciebie. – odparł już swoim zwykłym, spokojnym tonem.

- Co z…? – chciała spytać, lecz mężczyzna wtrącił jej się w słowo.

- Ma się dobrze. Kieruje dwoma oddziałami.

- Nadal ma mi za złe…?

- Nie uważasz, że to trochę za luźna rozmowa jak na obecną sytuację? O ile ja wiem, że zgubiłaś tamtą grupę jakieś dwadzieścia minut temu, bo obserwowałem zarówno ich jak i ciebie, to ty nie masz prawa tego wiedzieć. – znów jej przerwał opuszczając całkowicie ramiona i cofając się o krok. Odwróciła się do niego przodem widząc w ciemności jedynie zarys jego sylwetki.

Poczuła jednocześnie ulgę, spowodowaną tym, że obydwaj żyją i „mają się dobrze”, ale i żal z takiego obrotu rozmowy. Stali tak przez moment w dość niezręcznej ciszy aż w końcu mężczyzna westchnął, a po cieniu jego ciała można było wywnioskować, że skrzyżował ręce na piersiach.

- Skoro wróciłaś, to chodźmy już. Nadal uważam, że twoja decyzja o opuszczeniu Wioski była jak najbardziej słuszna. Tam chociaż byłaś bezpieczna. Tutaj nikt niczego ci nie zagwarantuje… – powiedział w końcu, na co jednak kobieta nie zareagowała, nadal wpatrując się w jego czarny zarys. Wyjechała. Dlaczego? Może dlatego, że mimo wszystko zawsze słuchała ich zdania. Była tłem, jak siebie określała. Ale nie było możliwości by wytrzymała z dala od Wioski, jakkolwiek by ją o to nie prosili. Ten czas dał jej jednak okazję do przemyśleń. Tym razem z dystansem. Podczas kiedy on się obrócił, ona stała nieruchomo, cały czas patrząc na niego szeroko rozciągniętymi w mroku źrenicami.

- Coś nie tak…? – spytał w końcu, zatrzymując się w połowie ruchu i spoglądając na nią badawczo.

Nie odpowiedziała. Sięgnęła jedynie w kierunku starych drzwi, które miała w zasięgu ręki i powoli je pchnęła, tak, że zamknęły się niemal bezszelestnie.

- Co robisz? – padło kolejne pytanie pod jej adresem, zadane tym samym spokojnym tonem, na które znów nie padła żadna odpowiedź.

Zbliżyła się do niego powoli i będąc w już minimalnej odległości, podniosła lekko głowę. Nieśmiałym ruchem objęła go za ramiona i musnęła nosem jego wargi. Uśmiechnął się lekko, chodź ona nie mogła tego widzieć w ciemności.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to skrajnie nieodpowiedzialne..? – zadał kolejne pytanie, na które po raz kolejny nie miał otrzymać informacji zwrotnej i objął ją w pasie tak jak poprzednio, z tą różnicą, że teraz stała do niego przodem i nie miała broni w ręku. Było w ich zachowaniu coś z hazardu. Po pierwsze byli w miejscu dość niebezpiecznym, po drugie, obydwoje niezbyt potrafili wyrazić słowami to co w tym właśnie momencie chcieli sobie powiedzieć. Błyskawica rozświetliła niebo, a wraz z nim i krwistoczerwone, długie włosy mężczyzny kontrastujące z jego nienaturalnie białymi i szeroko otwartymi oczyma oczyma. [...]”

I w tym momencie zamknęłam książkę gwałtownym ruchem, niemal odrzuciłam ją na łazienkową półkę, sięgnęłam nie po szklankę jak do tej pory, a po butelkę sake, która stała na brzegu wanny w której się znajdowałam, upiłam dość duży łyk i już nie wiedziałam, czy zrobiło mi się gorąco od wrzątku w którym siedzę, od wina którego „duży łyk” był połową butelki, czy też może od tego co właśnie przeczytałam, a może i od tego wszystkiego naraz.

Nie.

Jirayia zdecydowanie nie pamięta, nie domyślił się, to kim jestem nawet mu przez myśl nie przeszło.

Bo inaczej, dając mi tę książkę, okazałby się skurwysyńskim sadystą, a o to go nie podejrzewam.

Może być erotomanem.

Może być Zboczonym Pustelnikiem.

Może lubić ckliwe obrazki nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, tak jak ten tutaj.

Kurwa, tu wcale nie chodzi o ten cholerny „opis”, który najpewniej znajduje się na kolejnych stronicach książki, którą od niego dostałam. Tu chodzi o jego wyobrażenie. O nas. O tym wszystkim. O tym, że potrafimy zbudować jakąkolwiek relację, że to wszystko wygląda inaczej, że połowa tego wszystkiego się nie wydarzyła, że…

Jego książki kończą się dobrze. Nie chcę tego czytać dalej.

W życiu nic nie kończy się dobrze.

Kurwa mać.

Odkręciłam kurek z zimną wodą i wsadziłam pod niego twarz.

Lodowata woda na moment przywróciła mi trzeźwe… wróć… trzeźwiejsze myślenie.

Lepiej.

Najbardziej przeraża mnie w tej książce jedna jedyna rzecz. To mogło tak wyglądać. Gdybym wtedy nie dała się złapać, być może wyjechałabym z Ame, do czego rzeczywiście próbował zmusić mnie kiedyś Nagato. I nie chodziło o to, że byłam „nieprzydatna”. Wtedy to wszystko nie bolało by tak bardzo.

Ja kiedyś byłam „ważna”.

I rzeczywiście jeszcze przed śmiercią Yahiko zdążyłam się z nim rozstać. Bardziej wychodziła nam przyjaźń niż cokolwiek więcej.

Skąd Jirayia wiedział…? Znał nas na tyle…? „Zna” jest bardziej odpowiednie, w tym zdaniu. Fragment o tym jak opisuje rolę tej kobiety jako tła… To są moje słowa, które kiedyś wypowiedziałam rozmawiając z nim. Dalej aktualne. Podejście Nagato również było dla niego oczywiste. Cóż. Tutaj czasownik w formie przeszłej, chyba jak najbardziej na miejscu… Yahiko został tutaj opisany „z oddali”, ale myślę, że gdybym wczytała się dalej taki stan rzeczy by się nie utrzymał. Ja jednak nie miałam odwagi znów dotknąć książki, która ma rok wydania tożsamy z rokiem naszych 20 urodzin. Wtedy już był przekonany o naszej śmierci, bo stare Akatsuki parę lat wcześniej zostało doszczętnie wybite i to musiało dojść do Konohy. Wychodzi na to, że to pożegnanie. Ewentualnie próba „ukształtowania” naszego życia, które, w jego oczach, zakończyło swój bieg.

Po co wziął ją do Ame? Z sentymentu?

Zaczęłam czytać tę książkę właśnie od tego fragmentu, bo to pośród tych stron znalazłam kartkę i plik banknotów.

Tak, dostałam od niego pieniądze.

Piętnaście tysięcy jenów zawiniętych w żółty papier z niewprawnie namazanymi złamaną ręką słowami: „Dziękuję. Robisz najlepszy ramen jaki jadłem. Jirayia z Konohagakure”. Chęć odwdzięczenia się mi była widocznie silniejsza od zdrowego rozsądku mojego mistrza, bo jeżeli miałabym uwierzyć w jego historię o tym, że po prostu się upił i wtedy najpewniej miał jakiś wypadek, bądź go pobito, to nie powinien mieć przy sobie żadnych pieniędzy, z oczywistych powodów. Chodź zawsze można przyjąć, że miał je zaszyte gdzieś w ubraniu, a potencjalny złodziej najzwyczajniej tego dokładnie nie sprawdził. Nie wiem.

Moje dywagacje i tak nie mają żadnego sensu. Nie powinnam się tak rozdrabniać. Nad tą cholerną książką, nad ostatnim zachowaniem Nagato, nad swoim życiem po prostu.

Mam cel. I powinnam się go trzymać.

Sięgnęłam po butelkę, tym razem kulturalnie (o ile tak się da nazwać polewanie samemu sobie) wlałam resztkę alkoholu do białej czarki, stojącej na skraju wanny, po czym ujęłam ją w dłonie i wychyliłam jednym haustem. Kolejna fala ciepła rozpłynęła się po moim ciele, rozchodząc się od przełyku. Odłożyłam naczynie i zanurzyłam się we wrzątku tak, że wystawała mi jedynie twarz. Poczułam jak odrobinę bardziej zaszumiało mi w głowie.

Jakie to ironiczne, że mi podziękował.

Dotarło do mnie, że gdybym teraz straciła przytomność to to by po prostu „załatwiło sprawę”. Woda przykryła by mi głowę i to by było na tyle.

„Żegnaj Konan z Amegakure. Miałaś swój czas. Rozminęłaś się ze wszystkim co ceniłaś. Ale teraz odpoczniesz i to i tak nie ma już znaczenia.”

Utopić się w wannie, zapijaczona butelką sake kupioną za pieniądze od byłego mistrza.

Piękny koniec.

Złapałam za kraniec wanny i chwiejąc się na boki wydostałam się z wody, zachlapując podłogę. Ruch wykonałam zbyt szybko, bo na moment obraz w oczach całkiem mi pociemniał. Oparłam się o zimną ścianę łazienki.

Może jednak trzeba było zanurzyć głowę pod taflę wody…?

Czując, że zawirowania przestrzeni odrobinę minęły przemieściłam się do pokoju, do miejsca od którego ta surrealistyczna wycieczka pod granice Konohy się zaczęła. Futon, na którym wcześniej spał Jirayia, zniknął. Wywietrzony, zwinięty w równy rulon i schowany do półki. Uprzątnięty. Tak jak i wszystkie przedmioty wskazujące na to, że przebywał tu ktokolwiek.

Czysto jak w świątyni zen.

Są jedynie ślady mojej obecności. Ale one znikną jutro rano, kiedy będę stąd wyjeżdżać.

Ciszę zakłócał jedynie szum deszczu, potęgując jednak poczucie pustki.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Jestem wykończona, jednak nie mogę spać. Próbowałam. I nie usnęłam. Dlatego piję. Liczę na to, że w pewnym momencie odetnie mi to świadomość.

Chyba jestem na dobrej drodze, bo przy każdym bardziej zaawansowanym ruchu muszę opierać się o ściany bądź meble.

Chwiejnym krokiem podeszłam do komody stojącej w rogu pokoju i otworzyłam pierwszą szufladę.

Nie wiem dlaczego.

Rząd płaskich pudełek, średniej wielkości. Tak jak zapamiętałam znalazłam w niej kimona. Nagato zadbał by dom nie wzbudzał dosłownie żadnych podejrzeń.

…Pomijając rzekomą właścicielkę.

Szkoda, że mnie się nie da tak ładnie poskładać i włożyć w pudełko, bym nie wzbudzała podejrzeń.

Uklękłam na podłodze i powoli wyjmowałam z komody kolejne pudełka. Było ich pięć. W tym jedno mniejsze od pozostałych.

Po co to robiłam? Może chciałam wyrwać kawałek zwykłego życia z tych kawałków zdobionego jedwabiu, które obyczaj każe nosić na każde większe święto.

Rodzinne również.

Kiedy opróżniłam już całą szufladę, zamknęłam ją i spojrzałam na pierwsze z lakierowanych pudełek, po czym je otworzyłam. Wypełniał je piękny, łososiowy, jasny materiał, zdobiony małymi kwiatowymi wzorami, które połyskiwały przy każdym ruchu chybotliwego, papierowego żyrandola, który wisiał tuż za moją głową. Wyjęłam je i opierając się o komodę, celem zachowania równowagi. Wstałam rozkładając je w dłoniach. Uśmiechnęłam się jakoś tak nostalgicznie. Mam w głowie swój własny obraz. Podobne kimono nosiłam jeszcze przed wojną, kiedy z matką szłyśmy na pierwszy festiwal z okazji początku roku, który pamiętam. Moje jednak było w odcieniu zielonej herbaty i było wykończone granatowymi detalami, a nie tak jak to – czerwonymi.

A teraz musiałam wyglądać dość osobliwie, żeby nie powiedzieć groteskowo, kiedy zataczając się po pokoju, nago, trzymałam w rękach strój, w który mogłabym ubierać swoją ewentualną córkę.

Gdybym oczywiście ją miała.

Na powrót uklękłam, skradając materiał niemalże z nabożeństwem, przeplatanym pijackim opieraniem się o podłogę i zarzucaniem mokrymi włosami na boki w dość nieskoordynowanych ruchach, po czym sięgnęłam po kolejne pudełko.

Tym razem jedwab był koloru inkaustu i grubszy niż poprzednio. Wyjęłam je. Kimono okazało się większe. Na dorosłą osobę, zdobione ręcznie malowanymi gałązkami wiśni, w odcieniach różu i bieli. Długie, zdobne rękawy rozlały się na podłodze, wokół miejsca na którym siedziałam. Furisode. Kimono, którego nigdy nie miałam na sobie i nie będę mieć. Zakładane na ceremonie dojrzałości i najczęściej darowane przez ojca. Moi rodzice nie dożyli roku moich dwudziestych urodzin, a i w sumie na wojnie nikt nie myśli o jedwabiach. Zrobiłam z niego równą kostkę, co zajęło mi odrobinę więcej niż zazwyczaj, być może z powodu, że „linia prosta” była w tym momencie dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Po paru próbach jednak dokonałam niemożliwego i kimono znalazło się w pudełku. Wzięłam kolejne z nich w dłonie i otworzyłam. Czarne. Rozłożyłam je przed sobą. Elegancko zszyte, bez zbytniej ilości ozdób, poniżej pasa zdobione dopracowanymi, aczkolwiek w tym momencie rozmywającymi mi się w oczach, obrazami białozłotych żurawi.

Kimono mężatki.

Zaśmiałam się z siebie i wpatrywałam się w zgrabne, długie szyje materiałowych ptaków.

Na ile obecność Jirayi uświadomiła mi, że kiedyś chciałam by moje życie wyglądało kompletnie inaczej?

Cóż.

Trzeba było zostać w wannie i wypić jeszcze trochę.

_______

Pozdrawiam moją stałą czytelniczkę Mei :)

Notka w sumie jest niczym więcej jak jedynie dalszym opisem stanów psychicznych. Mam nadzieję, że nikt nie usnął :P

 

|08(0,5)| 21 kwietnia, rok Koguta

Kartka wpadła do pokoju, wylatując z jednej ze szczelin kratki wentylacyjnej i odrywając mnie od lektury jakże fascynującego dokumentu jakim jest „Planowane przesunięcia wydatków w budżecie Amegakure zatwierdzone przez Radę Wioski Głównej”. Odłożyłem go więc na kraniec stołu, obok dość grubego pliku innych pism, które miałem przejrzeć dzisiejszego wieczoru i wziąłem do ręki kawałek papieru, który właśnie wylądował na blacie. W momencie w którym go dotknąłem, pozornie czysta powierzchnia pokryła się kolejnymi znakami, kreślonymi znajomym mi charakterem pisma, za pomocą czarnego długopisu. Sztuczka oparta na najzwyklejszych papierkach wykrywających rodzaj czakry, który opracowała jeszcze przed stworzeniem starego Akatsuki. Ta konkretna kartka reagowała akurat na mój. Wygląda na to, że najprostsze rozwiązania z reguły są najlepsze, biorąc pod uwagę, że używa tego sposobu w niezmodyfikowanej formie do tej pory.

„Dotarłam do Konohagakure. Jirayia został odebrany przez ich shinobi. Uniknęłam kontaktu z nimi mówiąc, że jako osoba podlegająca prawnie pod Deszcz nie mam prawa przekroczyć granicy Liścia bez wiedzy Hanzo. Wracam. Nie wykluczam możliwości, że jestem śledzona, więc zatrzymam się w miejscu mojego rzekomego zamieszkania przez dwa dni od momentu powrotu”

Po przeczytaniu, złożyłem kartkę na cztery części i włożyłem do tego dziennika.

Biorąc pod uwagę prędkość przemieszczania się jej wiadomości powinna pojawić się w siedzibie za około czterdzieści godzin.

Wątpię, że nie zauważyłaby osoby, którą by za nią wysłali, ale jej podejście jest jak najbardziej prawidłowe. Ma przymusowe wolne. Może to i lepiej.

*

Madara milczy.

|08| Decyzje (podobno) można zmieniać

- Powiesz mi coś o sobie? – krzyknął do mnie Jirayia z siedziska rikszy, którą w tym momencie ciągnęłam za pomocą roweru, przez las okalający granicę z Krajem Ognia.

Jasne. Co tylko chcesz, Mistrzu! – kpiłam z siebie w myślach.

Odwróciłam się lekko i udając zmęczoną pedałowaniem spojrzałam na niego lekko się uśmiechając.

- Wiesz, oprócz tego, że mam miękkie serce, słabość do ratowania pijanych pisarzy i nie mam męża, co już wiesz, to lubię gotować i za dużo palę. – odpowiedziałam rejestrując kątem oka, że odwzajemnił uśmiech, po czym znów odwróciłam się w stronę kierunku jazdy.

Było mi już dużo łatwiej z nim rozmawiać niż wcześniej. Oswoiłam się z sytuacją a i chyba dotarło do mnie, że jeżeli znów zacznę „rozpamiętywać” to możliwe jest, że Jirayia zorientuje się z kim ma do czynienia, a tego bym nie chciała.

A może bym chciała…?

Nieważne.

Postanowiłam po prostu cieszyć się chwilą, w której mogę z nim znów porozmawiać i nie myśleć na razie o niczym więcej, a już w szczególności o tym co się stało gdy odszedł i co się może stać kiedy ja wrócę do Ame.

A co się może stać?

W sumie to nie wiem.

Jednak odczuwałam niechęć przed powrotem, dlatego udawanie genina, który może utrzymywać dość powolne tempo, bardzo mi odpowiadało.

- Co do gotowania, to w stu procentach się zgadzam. Dawno nie jadłem tak dobrego ramenu! Kiedy dotrzemy do Konohy, możesz zostać u mnie parę dni, skoro mówisz, że masz takie dobre serce… Odpoczniesz po podróży, a przy okazji zajmiesz się chorym, biednym człowiekiem… – odparł śmiejąc się, a mnie znów oblał rumieniec.

- Z chęcią bym została, ale muszę wracać do domu. Nie mieszkam w Wiosce Głównej, ale moje zniknięcie na dłużej po jakimś czasie zwróci uwagę. Dwa dni to aż nadto. Dłuższe nieobecności trzeba zgłaszać… W Konohagakure to działa tak samo, prawda? – spytałam specjalnie spychając rozmowę na tory moich teoretycznych zależności od Wioski, by zbić jego ewentualnie podejrzenia.

- Tak… Jeżeli jest się zarejestrowanym jako shinobi Konohy, wyjazd należy złościć Hokage, by nie uwzględniała danej osoby w grafiku misji. – odparł zdając się być odrobinę rozczarowany moją odpowiedzią, co wywnioskowałam po tonie. – Naprawdę masz zamiar odprowadzić mnie pod samą Wioskę? Nie będziesz mieć problemów z tego powodu? – dodał już odrobinę poważniej.

Bardzo ładny wstęp do wypytania mnie o organizację Deszczu. Cudny wręcz.

- Miałabym, gdybym mieszkała w Ame, a tak nie jest. Ja jedynie dorabiam jako shinobi. Prowadzę kwiaciarnię we wsi, w której cię znalazłam. Akademia ninja to była fanaberia mojego ojca. – łgałam, dosłownie powtarzając mu treść dokumentów, o pewnej niedawno zmarłej kunoichi, które przewinęły mi się przez ręce podczas mojej papierkowej roboty w Wiosce.

- I co na to ojciec? – spytał.
- Nie żyje. – odpowiedziałam jadąc dalej, przynajmniej tym razem nie mijając się z prawdą… przynajmniej po części.

- Cóż. Pokolenie twoich rodziców to pokolenie Drugiej Wojny Shinobi… Przykro mi, Michi-chan.

Uśmiechnęłam się pod nosem i nastało milczenie, przerywane szumem liści i zgrzytem łańcucha od roweru, który pożyczyłam w okolicznej wsi, podczas kiedy Jirayia znów poszedł spać, odpoczywając po obiedzie.

Drzewa przesuwały się powoli. Słońce chyliło się ku zachodowi i jego promienie odbijały się w zielonych liściach, gdzieś nad nami, wysoko w koronach drzew. Gruntowa droga dawała na tyle równą nawierzchnię by lekko sunąć w stronę Konohy, nie zastanawiając się nad niewygodami drogi. Czułam powiew ciepłego powietrza na twarzy.

Nie padało. Byliśmy już za daleko od Wioski…Od Nagato.

Mam wrażenie, że nie ma mojego życia.

Jest jedynie marazm.

Iluzja.

Skoro to wszystko jest takie złudne, to dlaczego w ogóle się tym przejmuję…?

- Michi-chan, masz zamiar jechać całą noc? Inaczej nie zdążysz wrócić w ciągu dwóch dni. – powiedział nagle Jirayia, wyrywając mnie z rozmyślań. Odwróciłam się lekko by na niego spojrzeć.

- Dobrze mi to zrobi. Może wreszcie zaczęłabym się przygotowywać do egzaminu na chunina..? – odparłam z uśmiechem mając gdzieś na końcu głowy, że ten dystans od Ame do Konohy i z Konohy do Ame, na papierowych skrzydłach, pokonałabym w niecałe pół dnia i to nawet zbytnio się nie spiesząc.

- Zależy ci? Skoro masz kwiaciarnię..? – spytał.

- A co mi tam! Może wtedy znów się zobaczymy, bo egzamin z reguły organizuje Liść albo Piasek..? – odpowiedziałam kierując uwagę mojego mistrza na coś zgoła innego niż moja rola w Deszczu.

- Jak już swoje odleżę to zapraszam! Głupio by mi było się nie zrewanżować… Tylko daj mi znać wcześniej, bo Amegakure ma dość napięte stosunki z resztą wiosek.

Kiwnęłam mu głową i znów skierowałam wzrok przed siebie i pomyślałam, że słowo „napięte” nie jest odpowiednie. Amegakure jest raczej „wyizolowane” i tych stosunków stara się unikać. Ma to swoje zalety, ale także i wady. Głównym plusem jest to, że Wioska trzyma się z dala od wszelkich konfliktów zbrojnych, co jest bardzo miłą odmianą po angażowaniu się w każdą kolejną wojnę, za czasów Hanzo. Co do wad… Cóż. Gospodarka praktycznie się nie rozwija, bo nie mamy kontaktów handlowych ze „światem zewnętrznym”. Edukacja jest na niższym poziomie niż w większości innych Wiosek, z bardzo prostego powodu, że brakuje kadry nauczycielskiej, którą, że tak nieładnie powiem, po prostu w poprzednich latach wyrżnęli nam w pień. W sumie wojna domowa też zrobiła swoje. W monecie jej wybuchu większość inteligencji opowiedziała przeciw Hanzo. I tak jak zginęło praktycznie całe stare Akatsuki, tak zginęli i oni. Teraz powinien nadejść czas odbudowy. Rozwoju.

Ubolewam nad tym osobiście, bo zawsze chciałam…

Co chciałaś idiotko?

Przecież wszystko to wszystko i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Zostały tylko dwie ogoniaste bestie.

I koniec.

Ame to bańka. Izolowany twór, utopia. Oczywistym jest, że na dłuższą metę takie zarządzanie Wioską mija się z celem i prowadzi do zapaści.

Tyle, że ta bańka nie ma prawa zdążyć pęknąć.

Westchnęłam odrobinę głośniej niż to było w moim pierwotnym zamiarze.

- O czym myślisz, Michi-chan? – spytał Jirayia, w sumie tak samo jak pytał każde z nas za dzieciaka, kiedy któreś przez dłuższy czas chodziło ze zwieszoną głową.

A z tego co dobrze pamiętam był to najczęściej Nagato.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

- W sumie to o niczym… – zbiłam pytanie. – Masz tak czasem, że rozkładasz każdą swoją decyzję na części pierwsze i zastanawiasz się co by się stało, gdybyś podjął inną? – dodałam po chwili.

- Zdarza się. Ale wtedy staram się myśleć, że tego co się stało już nie zmienię, a jedyne co mogę zrobić to starać się podejmować te właściwe teraz, od tego momentu. – odparł, jednak po tonie wyczułam, że i jemu udzielił się mój lekko wisielczy nastrój.

Od teraz. Od tego momentu…

Znów poczułam znajome ukłucie w klatce piersiowej.

- Pomaga?

- Czasem. – rzucił, po czym umilkł.

I znów jechaliśmy w ciszy, z tym że teraz wydawała mi się ona gęstsza; męczyła mnie. Pojawiła się myśl by powiedzieć mu o wszystkim.

„Wiesz Jirayia, w sumie to jestem twoją dawną uczennicą. Konan, pamiętasz? Kiedy odszedłeś brałam udział w wojnie domowej, o której nawet nie wiesz. Yahiko nie żyje, Nagato… nie wiem. „Zmienił się” – najodpowiedniejsze sformowanie, a ja tkwię w tym wszystkim, niepogodzona ze swoim życiem. Ponadto jestem współzałożycielką organizacji, którą ty i twoja Wioska uważacie za terrorystyczną… No to teraz mów co u ciebie.”

Tak. Na pewno stwierdziłby, że cieszy się, że mnie widzi.

Kurwa.

On już mi powiedział co o nas sądzi.

Słowa „jestem rozczarowany” mówią chyba wszystko.

Cóż.

Widocznie mamy inne priorytety.

Chodź czasem odnoszę wrażenie, że ja sama sobą jestem rozczarowana.

- Czemu mnie o to zapytałaś? – powiedział w końcu, po raz kolejny wyrywając mnie z kołowrotu moich własnych myśli.

Nie wiem. Bo potrzebuję… czego? Namiastki ciepła? Kawałka rozmowy, przypominającego dawne dni?

I znów robię się nazbyt sentymentalna. A obiecałam sobie wcześniej, że chodź spróbuję na moment przestać analizować to wszystko…

- Bo jest parę decyzji, których żałuję. – odpowiedziałam.

- Chyba jak każdy.

- A ty czego żałujesz? O ile można spytać… – zapytałam chyba prędzej niż pomyślałam z czym jego odpowiedź może się wiązać.

Nie powinnam poruszać pewnych tematów. Tak nakazywał mi zdrowy rozsądek. Gorzej, bo zdaję się, że na ten moment mam go zupełnie w poważaniu, co dodatkowo powodowało irytację moim własnym zachowaniem.

A Jirayia się nie odzywał. I kiedy byłam już pewna, że mi nie odpowie, lub rzuci coś wymijającego, powiedział:

- Michi-chan… jedyna kobieta na której rzeczywiście mi zależy, całe życie daje mi do zrozumienia, że „nic z tego nie będzie”. Miałem kiedyś przyjaciela… Odszedł, a ja nie potrafiłem go zatrzymać. Miałem też mistrza, którego nie potrafiłem ochronić. Streszczając, nie żyje. Miałem też troje uczniów… Tym razem to ja odszedłem. Cała trójka również nie żyje. – kiedy to usłyszałam, przełknęłam ślinę, pilnując by się nie rozpłakać. Fakt, że mój mistrz nie podejrzewa kim jestem, był na ten moment dla mnie mało pocieszający. – No. Więc o mnie już coś wiesz. Teraz może powiesz mi czego ty żałujesz… Będziemy kwita. – dodał, lekko ironicznym tonem, nadal przepełnionym sporą dawką goryczy.

Nadal patrzyłam przed siebie. Słońce schowało się za horyzontem, a jego ciepłe, czerwone światło zaczęło powili przechodzić w fiolet. Szum liści był taki sam jak wcześniej, ja jednak czułam się wewnętrznie pusta, wydrążona.

Co mu powiem? Że żałuję wszystkiego? Że gdybym miała taką możliwość całe swoje życie ukształtowałabym inaczej? Że zamiast uciekać i chować się w sobie pomogłabym się pozbierać już chyba jedynej bliskiej mi osobie i być może, to wszystko, wszystko, byłoby całkiem inne..?

Powiem.

Bo to i tak nic nie zmieni. Jirayia nie wie kim jestem i każda możliwa przesłanka świadczyła dobitnie o tym, że się to nie zmieni.

- Po pierwsze, żałuję, że nie mam rodziny. Po drugie również straciłam przyjaciela. Zginął podczas Trzeciej Wojny Shinobi. – dodałam w myślach „i nadal się o to obwiniam”, ale nie powiedziałam tego na głos stosując się do ostatnich podszeptów instynktu samozachowawczego. – Po trzecie… Nie potrafię rozmawiać z jedyną osobą na której mi zależy. Obydwoje się zmieniliśmy i obawiam się, że taki stan rzeczy już pozostanie jako norma…

Znów nastało milczenie. Nadal pedałowałam, patrząc na ciemniejące niebo. I nadal czułam, że wypełnia mnie próżnia.

- Facet? – powiedział w końcu pytającym tonem.

Zmarszczyłam brwi (chodź on nie mógł tego widzieć) nie do końca wiedząc o co dokładnie mu chodzi.

- Co masz na myśli? – zapytałam lekko skonsternowana.

- Czy osoba z którą przestałaś się dogadywać to mężczyzna? – wyjaśnił, stawiając kolejne pytanie.

No, tego się nie spodziewałam… Chociaż to w końcu Jirayia…

- No tak… Ale raczej traktuję go jak brata… – odpowiedziałam w sumie sama nie będąc pewna tego co mówię.

Na ten moment jakakolwiek więź z Nagato wydawała mi się tak abstrakcyjna jak tylko być może. On był po prostu zamknięty.

I tyle.

Ku mojemu zaskoczeniu mój mistrz się zaśmiał.

- Chyba sama nie wierzysz w to co mówisz, Michi-chan. Tylko jednej z wymienionych przez ciebie rzeczy nie jesteś w stanie zmienić. Przyjacielowi życia nie zwrócisz. Pozwól, że dam ci radę… Z mojego wieloletniego doświadczenia i wnikliwych obserwacji wynika, że czysto koleżeńskie relacje kobiet i mężczyzn praktycznie nie istnieją… No może zdarzą się ze dwa wyjątki potwierdzające regułę – i tu automatycznie pojawił mi się przed oczyma obraz Uchihy… – Także spróbuj dotrzeć do tej, jak to określiłaś „osoby”… no i będąc szczerym… wątpię, że tak piękna kobieta wtedy będzie mieć jakiekolwiek problemy z wyjściem za mąż.

Boże, jak ja się cieszyłam, że w tym momencie on nie ma możliwości widzieć mojej twarzy, bo w tym momencie odmalował się na niej wyraz…

Kurwa, ja już sama chyba nie wiem czego.

Lekko rozdziawiłam usta i patrzyłam tępo w przestrzeń przed sobą.

Jirayia-sensei, gdybyś ty tylko wiedział…

|07| „Perfekcyjna pani domu, nie ma co! Mąż pewnie zadowolony!”

Pozbierałam się wreszcie.

W końcu musiałam.

Jirayia nadal spał, a dla mnie cała sytuacja wydawała się absurdalna, niemożliwa, złudna. Cały czas miałam poczucie nierzeczywistości tego co się dzieje. Parokrotnie nawet próbowałam się szczypać w ręce, by się obudzić i również parokrotnie sprawdzałam czy to genjutsu.

Nie.

Wszystko było realne jak jasna cholera.

Od momentu jak Nagato wyszedł, a właściwie zniknął, nie odpowiadając mi na żadne z moich pytań, których nawet nie zdążyłam mu zadać, poleżałam sobie trochę na podłodze płacząc.

Trochę to mało powiedziane.

No ale wstałam.

I przypomniało mi się, że mam stwarzać pozory, że tutaj mieszkam, więc przeszukałam dosłownie cały dom, wszystkie pomieszczenia, szuflady, szafki, łazienkę i mały aneks kuchenny, w którym w tym momencie siedzę i sączę gorzką i czarną jak smoła kawę.

Normalnie funkcjonowanie czas rozpocząć.

Weź się w garść, Konan. – strofowałam się w myślach.

No to się wezmę.

Przynajmniej się postaram.

Właściwie to wstanie z podłogi i próba wykonywania czynności nakazanych przez zdrowy rozsądek jest już dla mnie w tym momencie sukcesem.

Po raz kolejny ujęłam kubek w dłoń, wstałam z krzesła i weszłam do pokoju, w którym znajdował się mój dawny mistrz.

Nic się nie zmieniło. Nadal spał. Mimo tego chodziłam tak co chwilę.

Wróciłam do kuchni i na powrót opadłam na krzesło. Wzięłam z blatu paczkę papierosów której, odkąd tu jestem, zdążyłam już wypalić ponad połowę. Wyjęłam jednego, włożyłam do ust i znów wstałam, podeszłam do kuchenki gazowej i odpaliłam od palnika.

Zaciągnęłam się dymem i zaśmiałam się sama z siebie.

Do tego wszystkiego jeszcze tylko powrotu do tego gówna mi brakowało…

Nieważne.

Po raz kolejny usiadłam na krześle z myślą, że chyba nie za bardzo jestem w stanie usiedzieć na miejscu, a ten spokój, który w tym momencie niby odczuwam jest taki odrobinę na niby.

Mam wrażenie, że jestem widzem. Że to wszystko dzieje się z daleka ode mnie, a ja jestem jedynie biernym obserwatorem.

Kurwa. Udaję już sama przed sobą.

Kolejny łyk kawy, kolejny wdech dymu, a moje spojrzenie padło na ochraniacz na czoło leżący na stole obok paczki fajek.

Normalnie nie doszukiwałabym się w tym, że Nagato mi go dał niczego szczególnego, ot po prostu zapomniał o tym, a ten był pod ręką… Jednak w tej sytuacji w której się znalazłam już chyba wszystko było możliwe.

Odłożyłam kubek na stół, końcówkę papierosa włożyłam do ust i chyba pięćdziesiąty raz od dziesięciu minut wzięłam obiekt moich rozmyślań w dłonie i po raz kolejny znalazłam na nim tę samą rysę, która pozwalała mi mieć pewność, że była to własność Yahiko.

Przejechałam to niej palcami.

Szczerze powiedziawszy to nie wiem kiedy ta rysa powstała. Wiem tylko tyle, że za jego życia. Czy był to trening, czy wieczne konflikty z ludźmi Hanzo, czy cokolwiek innego, nieważne.

Ochraniacz w każdym razie był jego.

Dlaczego akurat ten? Przypadek czy planowane działanie?

Jeżeli przypadek to nie ma to większego znaczenia, jeżeli nie, to nie wiem…. Może Nagato chciał mi coś powiedzieć?

Znamy się tyle lat, a chyba nie umiemy już ze sobą normalnie rozmawiać.

Zamaszystym ruchem zgasiłam niedopałek w popielniczce stojącej na stole.

W ogóle to chyba jestem przewidywalna. Nagato zostawił mi pieniądze właśnie pod popielniczką, chyba będąc pewnym, że je zauważę. Starczy akurat na jedzenie na drogę i wynajęcie rikszy tam gdzie będzie to możliwe.

Mógł mi je dać do ręki, ale mam wrażenie, że chciał zrobić wszystko by jak najbardziej skrócić tę rozmowę…

Nieważne. Moje myśli powędrowały w innym kierunku. Chyba odrobinę bardziej istotnym.

W sumie zdawałam sobie doskonale sprawę, że gdyby Jirayia nie był połamany na pewno wróciłby do Ame, a jakiekolwiek nie były zamiary Nagato, raczej nie było mu to na rękę.

Po coś zostawił go przy życiu. Do tego zadając sobie tyle trudu, by wymazać mu pamięć.

Poszukuję celu.

Sensu.

Teoretycznie może chodzić o działanie prewencyjne. Odstraszenie potencjalnych szpiegów.

Tyle że w przypadku Jirayi nie ma to żadnego sensu. On tu wróci.

Zgryzłam wargi.

Dwadzieścia lat. Dokładnie przez tyle czasu wszystkie nasze działania były dla mnie w pełni przejrzyste.

Jasne.

Proste.

Zorientowane na cel.

Przecież zawsze zgadzałam się z Planem Księżycowe Oko.

Jawił mi się jako wybawienie.

Sprawiedliwość.

Najwyższa forma współczucia dla innych.

A dziś to wszystko w co wierzyłam zdaje się sypać, a ja cieszę się z tego jak głupia.

Jirayia-sensei żyje. W dalszym ciągu nie do końca to do mnie dociera.

Wyjęłam kolejnego papierosa z paczki i zarejestrowałam jak bardzo trzęsą się mi dłonie.

Cóż. Może w tym momencie moja głowa myśli, że jest biernym obserwatorem, ale ciało chyba nie bardzo.

Znów powtórzyłam rytuał odpalania fajki od palnika, uważając by nie spalić sobie włosów i brwi.

A sama kuchnia była już biała od dymu. Odsunęłam nieznacznie papierowe okno. Rozległ się odgłos deszczu, a do pomieszczenia wleciała odrobina świeżego powietrza. Na zewnątrz nadal było ciemno od gęstych chmur.

Przeszłam do pokoju. Znowu. Oparłam się o futrynę i patrzyłam.

Spał. Nadal.

Wróciłam do kuchni.

Po raz kolejny opadłam na krzesło, ze świadomością, że i tak pewnie zaraz wstanę.

Nieważne.

I po raz kolejny wzięłam w ręce opaskę leżącą na stole.

No i rzeczywiście wstałam.

Poszłam do łazienki, zapaliłam światło, spojrzałam w małe lustro nad umywalką.

Jak zwykle. Podkrążone i przekrwione oczy.

Nie lubię patrzeć na swoje odbicie a robię to notorycznie.

Odgarnęłam czarne włosy i zawiązałam opaskę na czole. Poprawiłam koka.

Odwróciłam się.

I o mało co nie dostałam zawału.

„Nie dawajcie się zachodzić od tyłu!” – zagrzmiało mi w głowie, po raz kolejny, głosem człowieka, który właśnie stał w wejściu do otwartej na oścież łazienki, opierając się o futrynę i o drewnianą kulę, którą miał pod pachą.

Gips na nodze był przykryty nogawką szerokich spodni, ale na obydwu rękach świecił bielą.

Nawet połamany poruszał się bezszelestnie.

Wzrokiem omiotłam jego twarz i dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo się postarzał od momentu jak odszedł z Ame.

Zastygłam na moment z wciąż tlącym się w ustach papierosem i szeroko otwartymi oczyma.

- Tak pięknej kobiecie nie przystoi palić! – rzucił uśmiechając się.

Tym uśmiechem. Tym samym. Jakby tych wszystkich lat nie było.

Ogarnęła mnie przemożna ochota na dwie całkiem sprzeczne ze sobą rzeczy.

Jedną z nich było rzucenie się mu na szyję.

Drugą zwyzywanie go od najgorszych.

- Słyszy mnie pani? – spytał kuśtykając powoli w moją stronę, z miną wyrażającą lekkie zaskoczenie moją reakcją albo raczej jej brakiem i zmrużonymi oczyma zdradzającymi najpewniej ból głowy…

„Pani”. Poczułam się dziwnie, kiedy usłyszałam to słowo pod swoim adresem.

Przełknęłam ślinę i wyjęłam z ust papierosa. Na podłogę obsypał się popiół, którego nie strząsałam przez dłuższy czas.

- Wie, Pan… Czasem człowiek jakoś się nie zastanawia nad tym co powinien robić. – powiedziałam pierwsze co przyszło mi na myśl.

Maska uśmiechu, Konan! Natychmiast!

Uciekłam wzrokiem gdzieś w bok i nieznacznie podniosłam końciki ust.

Na jego twarz znów wrócił serdeczny wyraz.

- Jak się człowiek za długo zastanawia co powinien robić, to wtedy jest coś nie tak! – odparł.

W momencie przypomniałam sobie wszystkie analizy swojego życia, które robiłam praktycznie bez przerwy i poczułam lekkie ukłucie w piersiach.

Gdybym nie miała wątpliwości to bym się nie zastanawiała.

No Jirayia… Jak zwykle w punkt.

- W ogóle proszę wybaczyć, nie przedstawiłem się! Jestem Jirayia… Jirayia pisarz. Jak mniemam, to pani jest odpowiedzialna za… ekhm… to… – wzrokiem wskazał mi na gips na obu rękach. – Dziękuję… Tylko proszę mi powiedzieć, z kim mam przyjemność?

Odpowiedź na to, jak i kolejne pytania miałam jasno ułożone w głowie. Czas kiedy spał, wystarczył mi na przeanalizowanie wszystkiego i ugotowanie ramenu, który już dawno zdążył wystygnąć.

Komedię czas zacząć!

Może lepiej…? Z reguły moje życie to dramat…

Ubrałam maskę.

Kurtyna w górę!

Uśmiech, Konan!

- Nazywam się Michi, Jirayia-san. Miło mi poznać. I nie do końca jestem odpowiedzialna za sam gips, bo nie ja go zakładałam, ale to ja cię znalazłam. – odparłam i wyrzuciłam niedopałek, który wypalił mi się w rękach niemal samoistnie, do kosza. Może napijesz się herbaty?

Zadowolony ochoczo kiwnął mi głową.

Tak nie zachowuje się osoba, która dopiero co straciła pamięć.

Chyba nie tylko ja przybrałam maskę.

A na ile on udaje?

- W takim wypadku, proszę przejść do kuchni… – dodałam zachęcając go gestem dłoni, którą wskazałam wspomniane pomieszczenie.

Jirayia dość zręcznie jak na kuśtykanie przeszedł do kuchni, a ja ruszyłam za nim.

Jestem widzem.

Nie ma mnie tu.

Nalałam do czajnika wody, zapaliłam gaz za pomocą zapalniczki i postawiłam go na kuchence. Sięgnęłam do szafki po kubki i po herbatę.

- Zielona, biała, czy czarna? – spytałam z taką naturalnością, jak gdybym nie uczyła się położenia wszystkich przedmiotów w tym domu na pamięć, jeszcze przed paroma godzinami.

- Jeżeli można, to proszę czarną. – odpowiedział dokładnie w ten sam sposób w jaki odpowiadał mi na to pytanie blisko dwadzieścia pięć lat temu.

Po raz kolejny poczułam ucisk w sercu.

To będą trudne dni.

Wsypałam do obydwu filiżanek po łyżce wskazanego przez mojego mistrza napoju. Wolę białą, ale jeżeli ja pamiętam takie rzeczy, to i być może on sobie może coś przypomnieć.

A do tego nie mogę dopuścić.

Nagato dał mi bardzo ciężkie zadanie. Jednak zdawałam sobie sprawę dlaczego to muszę być ja i dlaczego to wygląda jak wygląda.

Sam nie poszedł, bo jego oczu nie da się ukryć w żaden sensowny sposób.

A nie wysłał nikogo innego, bo nikomu nie ufa tak jak mnie.

Uśmiechnęłam się jednym ze swoich melancholijnych uśmiechów, jednak tak, że Jirayia tego nie widział. Stałam do niego tyłem.

Odłożyłam herbatę do szafki.

Rozległ się gwizd czajka.

Zalałam herbatę wrzątkiem i podałam na stół. Mój mistrz cały czas się do mnie uśmiechał.

…Muszę się opamiętać z nadawaniem mu w myślach tytułu nauczyciela, bo w końcu się pomylę…

- Czy mogłabyś mi powiedzieć jak to się stało, że mnie znalazłaś? Ostatnie wspomnienia… mam, że tak powiem mgliste… – mrugnął do mnie okiem i parokrotnie uderzył się kantem dłoni w szyję.

Międzynarodowy znak zrozumiały dla wszystkich: „chlałem, i nie pamiętam”.

Dobry jest. Gdybym nie wiedziała z co się wydarzyło byłabym skłonna uwierzyć.

Uśmiechnęłam się do niego i usiadłam.

- Znalazłam cię połamanego nieopodal mojego domu, w lesie. Wracałam akurat z Ame i się na ciebie natknęłam. Nie umiem opatrywać ran, więc wezwałam medyka z okolicznej wsi, do której jest bliżej niż do Wioski Głównej. To chyba tyle. Masz ci zawód, co picie można usprawiedliwić poszukiwaniem natchnienia! – łgałam cały czas się uśmiechając i sącząc gorącą herbatę.

Zignorował moją uwagę i ujął swój kubek w dłonie i na moment zawiesił spojrzenie na bursztynowej cieczy się w nim znajdującej.

- Nie musiałaś mi pomagać, także jeszcze raz dziękuję, Michi-chan. – odparł już odrobinę poważniej.

„Chan”. Nie brzmi mi to jakoś, tak samo jak „pani”. Dawno mnie nikt tak nie nazywał. Większość osób z mojego otoczenia odwykła od używania tych zwrotów w sytuacjach poza formalnych. A nawet jeżeli ich używali, akurat „chan” nie słyszałam od bardzo długiego czasu.

- Nie ma o czym mówić… Może zjesz zupy? – zmieniłam temat.

Ciężko mi przyjmować wyrazy wdzięczności od kogoś, kogo myślałam, że… no. Tak właśnie.

Na wzmiankę o jedzeniu mój dawny mistrz się ożywił.

- Odmówić to byłby grzech! Jeżeli to nie problem… Chodź coś mam wrażenie, że będę musiał cię poprosić o pomoc… – tu podniósł obydwie ręce obnażając gips i spojrzał na mnie odrobinę inaczej niż zapamiętałam to z przeszłości…

Poczułam jak na moje policzki mimowolnie wylewa się purpura.

Te wieki temu patrzył na mnie jak na n i e p e ł n o l e t n i ą uczennicę. W tym momencie ma przed sobą dorosła, obcą kobietę.

A jeżeli oczy mnie nie mylą to Jirayia od tamtego czasu nie zmienił się w c a l e .

Na moje lekko czerwoną twarz i nietęgą minę i tym razem odpowiedział uśmiechem, ale z błyskiem w oku.

Także nie tylko wspomnienia, ale i umizgi osoby, którą kiedyś traktowałam jak ojca.

„Kurwa mać, Nagato w coś ty mnie wpakował…?” zapytałam w duchu, jednocześnie będąc mu niesamowicie wdzięczną, że sytuacja przybrała właśnie taki obrót.

- Nie, nie, nie ma żadnego problemu! – odpowiedziałam szybko i wyjęłam mały garnek zupy z lodówki i postawiłam go na kuchence.

Plus jest taki, że Jirayia pewnie nie odmówi bym go odprowadziła pod Konohgakure… Nie byłby sobą.

Sprawnym ruchem znów wyjęłam z innej szafki miski, pałeczki i chochlę do zupy. Nałożyłam nań makaronu, warzyw, mięsa i co tam jeszcze było i na powrót usiadłam przy stole. Znów chwyciłam za niedokończoną wcześniej herbatę.

- Perfekcyjna pani domu, nie ma co! Mąż pewnie zadowolony! – skomentował po czym się zaśmiał.

Ręka z kubkiem zawisła mi w pół drogi to ust. Sztuczny uśmiech zniknął mi z twarzy.

No tak idiotko. Obmyśliłaś wszystko.

Wszystko, tylko nie to, że dla ciebie samotność jest stanem naturalnym, ale dla większości osób w twoim wieku nie.

Kobiety mają mężów, dzieci i kupę zwykłych problemów na które co dzień narzekają, a za które ty dałabyś się pokroić.

Gratulację Konan. Za myślenie i całokształt.

- Nie mam męża, Jiraya-san. – wydukałam i odłożyłam kubek na stół.

No nie ma co. Jak on będzie tak celował w każdy z moich słabych punktów z taką precyzją, to do końca tego dnia popełnię honorowe seppuku.

Kurwa mać.

Spojrzał na mnie lekko zmieszany.

- Wybacz, Michi-chan. Nie chciałem… – powiedział.

Troska.

Okruszki troski.

Spojrzałam na niego i znów się uśmiechnęłam. Tym razem chyba szczerze.

- E tam… Bycie starą panną nie jest wcale takie złe! – zażartowałam chodź nie zgadzałam się z tym stwierdzeniem, ani odrobiny.

A mojemu mistrzowi najwidoczniej to co powiedziałam zwróciło rezon, bo na moment zabłysły mu oczy…

Chociaż nie. Pomyliłam się.

- Wiesz, co Michi? Przypominasz mi kogoś… – powiedział patrząc w moje, o zgrozo, bursztynowe, do niczyich nie podobne, tęczówki.

Puls mimowolnie mi przyspieszył.

- Pewna osoba którą znam też twierdzi, że stan wolny, wcale, a wcale jej nie przeszkadza… – kontynuował.

Dosłownie zeszło ze mnie powietrze.

Nie o mnie chodzi.

Czyżby mówił o Godaime Liścia..?

- Ile masz lat? – spytał nagle. – W ogóle wybacz, że pytam, ale to tak dla porównania… – dodał lekko zakłopotany tym co powiedział.

A mi uśmiech na stałe wrócił na usta.

Dokładnie taki jak kiedyś. Powie, zanim pomyśli…

- Trzydzieści osiem. – skłamałam.

Przetaksował mnie spojrzeniem.

- A wyglądasz na ze trzy lata młodszą! – odpowiedział, dosłownie celując w mój rzeczywisty wiek, a ja znów poczułam jak ciarki lecą mi po plecach. – Wiesz co…? Miałem kiedyś uczennicę w podobnym wieku co ty. Nawet tutaj, w Deszczu… – dodał, znów przybierając zamyślony wyraz twarzy i patrząc w okno.

Pamiętał..!

Tak, Jirayia pamiętał. A ja już zaczynałam uciekać się do używania technik oddechowych, których kiedyś mnie nauczył, w sposób najdyskretniejszy jak się da, żeby przypadkiem nie zapomnieć o oddechu w ogóle z nadmiaru emocji.

Jedynie gdzieś w głowie świtało mi, że jeżeli podejrzewałby cokolwiek to w życiu nie wspomniałby o nas ani słowem.

No chyba, że to pokerowa zagrywka…

Cholera. Mam paranoję. On nie ma prawa się w tym momencie domyślać. To nie miałoby sensu.

Serce waliło mi w piersiach, jednak siedziałam niewzruszona.

- A z kim chciałeś mnie porównać? – spróbowałam dyskretnie zmienić temat.

Mistrz spojrzał na mnie wyrwany z tego o czym w tym momencie myślał.

O nas?

Nie wiem.

Zaśmiał się.

- Z kobietą, której też podobno nie przeszkadza stan panieński, a jest od ciebie starsza o coś koło piętnastu lat i do tego nie chciała mnie tutaj puścić… – odparł.

Czyli jednak Godaime! Zrobiło mi się jakoś miło, kiedy powiedział, że się o niego martwi.

Tyle kiedyś o niej mówił… I o Orochimaru…

Może i Tsunade zmiękła po tych wszystkich latach jego starań…?

- I miała rację! Po co w ogóle odwiedzać Amegakure? Przecież to dziura! – powiedziałam coś, czego nigdy w życiu nie powiedziałabym jako ja, po pierwsze dlatego, że pospołu z Nagato pełniliśmy funkcję lidera tej Wioski, a po drugie… bo to chyba po prostu mój dom.

- W każdej z Wiosek jest coś ciekawego. Jestem pisarzem, Michi-chan! Po prostu szukam inspiracji! – odparł gestykulując złamaną ręką.

Nagato wyświadczył mi małą „przysługę” łamiąc mu obydwie ręce przy nadgarstkach. Gdyby to były ramiona, byłoby znacznie gorzej. Utrudniłoby to drogę jeszcze bardziej. Tak przynajmniej jest w stanie oprzeć się o kule i się przemieszczać, chodź wolno.

- Coś mam wrażenie, że przez najbliższy czas nic nie napiszesz… – odpowiedziałam wskazując na jego ręce i wstając, w celu zestawienia gotującej się zupy z gazu.

|06(,5)| 19 kwietnia, rok Koguta.

Już od dawna nie biłem się z myślami do takiego stopnia. Wydarzenia ostatnich dni wytrąciły mnie z równowagi. Tak naprawdę to i tak nieistotne. W dalszym ciągu mam zamiar doprowadzić to co zacząłem do końca. Pozostało jedynie iść za ciosem. Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli mogę uniknąć ofiar, to będę ku temu dążył. Obawiam się jednak, że jeżeli Jirayia znów pojawi się w Deszczu nie będę mógł pozwolić sobie na powtórzenie tego… No właśnie, czego?

Ciekawy proces myślowy. Bawi mnie obserwowanie moich własnych przywiązań i emocji, które w obliczu Planu Księżycowe Oko nie mają najmniejszego znaczenia. Czasem zastanawiam się, czy Konan odbiera mnie jako zbiór zimnej kalkulacji obleczony w „pożyczone” ciała, czy nadal uważa, że za moim zachowaniem kryje się coś więcej. Dałem jej ostatnio powody ku temu, by skłoniła się do tej drugiej opcji. Po co? Chęć wyrównania bilansu po tym jak powiedziałem: „Jeżeli to możliwe to go zabij”?. Absurd. To, że nie kontrolowałem się przez moment najprawdopodobniej kosztuje ją więcej nerwów, niż gdybym pozostał opanowany. Ona i tak już jest na skraju wytrzymałości. A im bardziej będzie uzależniać swoje życie ode mnie tym gorzej. Między innymi dlatego unikam rozmów. Właściwie to nie wiem czego ode mnie oczekuje. Jedyne co jestem w stanie jej na ten moment zaoferować to względne poczucie stałości. Dlatego nie powinienem ulegać emocjom, jak choćby wtedy kiedy zwróciłem jej uwagę, że nie powinna była tyle pić przed misją. Nie dziwne, że to zrobiła. Zdaję sobie sprawę, że to był dla niej trudny dzień.

Nie będę się oszukiwał, bo to również bezcelowe. Dla mnie również ten dzień był „dość skomplikowany”.

Kolejne prawdopodobnie też nie wpłyną na nią w pozytywny sposób, jednak nie mogłem wyznaczyć do eskorty Jirayi kogokolwiek innego. Sam również nie mogłem się tego podjąć z oczywistych powodów. A jej ufam. Wiem, że wypełni zadanie tak jak powinna, chodź zdaję sobie sprawę z tego ile ją to kosztuje. To było jedynie rozwiązanie. Posunięcie do tego stopnia irracjonalne, że nie ma prawa wzbudzić podejrzeń. To również jest jakiś sposób.

Czuję się rozszczepiony. Z jednej strony uważam się za biernego obserwatora, a z drugiej… cholera. Jirayia żyje, chodź jest mi to nie na rękę. Do tego ta sytuacja z Uchihą. W sumie sam go prosiłem, żeby miał na nią oko (w obliczu jego postępującej ślepoty to odrobinę zabawne), jednak kiedy minąłem ich wtedy w korytarzu poczułem się… źle? Póki jest to możliwe nich sobie poukłada życie. Może będzie chodź odrobinę szczęśliwsza.

A potem, będzie miała to, na co zasługuje. A ja wreszcie odpocznę. Wydaję mi się, że jedyne czego tak naprawdę chcę to spokój. Nie potrzebuję już nic ponad to.

Chcę skończyć to co zaczął Yahiko i chcę odpocząć. Tyle.

Madara milczy od paru miesięcy. W zaistniałych okolicznościach jest to raczej korzystne.

Po raz kolejny obiecuję sobie, że spalę ten dziennik, a nadal go prowadzę.

Może jednak pozostało mi coś z człowieczeństwa?

|06| Ryba w puszce, krew w szklance i papierowy dom

 - Proszę! – powiedziałam odkładając herbatę na szafkę nocną. 

Tak jak myślałam… Do pokoju wszedł Nagato. To znaczy Tendo. Usiadłam na łóżku, poprawiłam czarnego, wysokiego koka, którego zrobiłam by wyglądać „inaczej niż zwykle”, zaczesałam dłonią grzywkę za ucho i po raz kolejny uświadomiłam sobie jak niemiłosiernie boli mnie głowa. 

 - Gotowa? – zapytał stając tuż za progiem i mierząc mnie swoimi białymi oczyma. 

Kiwnęłam mu, złapałam płócienną torbę, w której miałam zapakowane ubrania na parę dni, tak jak mi polecił, wstałam i z odruchu wyciągnęłam rękę, chcąc sięgnąć po płaszcz, który przewieszony był przez oparcie jednego z krzeseł przy stole, jednak zreflektowałam się, że przecież nie mogę go wziąć i cofnęłam ją. Nagato przepuścił mnie w drzwiach, a kiedy obok niego przechodziłam zmarszczył brwi.

 - Jadłaś coś od wczoraj? – spytał swoim obojętnym głosem, lecz mnie pytanie na tyle zaskoczyło, że na moment przystanęłam opierając się o futrynę. Do tego byłam skonsternowana na tyle by nie być przygotowanym na małe kłamstwo. 

 - Nie. – odpowiedziałam, patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma i starając się nadążać za tym co się dzieje, co biorąc pod uwagę to, że byłam wczorajsza, było nie lada wyzwaniem. 

Westchnął i znów przybrał minę osoby po prostu zmęczonej życiem i zrezygnowanej. 

 - Idź do kuchni. Piętnaście minut nas nie zbawi… – stwierdził. 

Oparłam się o futrynę i spojrzałam na niego coraz bardziej zdziwiona. 

 - To idziesz ze mną? – zapytałam. 

 - Nie. – uciął, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, co wydało mi się jeszcze bardziej dziwne – Gdybym mógł iść sam, nie angażowałbym cię w to, Konan… Chodź już. 

I najzwyczajniej w świecie poszliśmy do kuchni. 

Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego, że każe mi coś zjeść. Obojętności, zwyczajnej reprymendy za skrajną nieodpowiedzialność, nie wiem, cholera, czegokolwiek. Nawet komentarza, że ledwo stoję na nogach. A on nic z tego i że mam iść sobie zrobić coś do jedzenia.

Dobre… Itachi wczoraj też był jakiś dziwny… 

I chyba wywołałam go myślami, bo kiedy szliśmy korytarzem osoba Uchihy wyłoniła się w pewnym momencie za ściany. Kiedy weszliśmy do kuchni siedział przy stole, tyłem do nas, z butelką mineralnej przed sobą i podpierając sobie głowę ręką. 

Ocho… Czyli nie tylko ja cierpię. 

Nagato usiadł na krześle obok Itachiego, który podniósł na moment na niego wzrok po czym dolał sobie wody do szklanki i machnął nam ręką na powitanie. Nagato kiwnął mu głową a ja odmachałam i skierowałam swe kroki w kierunku lodówki. Swoją drogą wzrok Uchihy powiedział mi wszystko, tym bardziej, że do mnie mrugnął.

Wczoraj się, że tak powiem, nie odbyło. 

Otwieram lodówkę.

Ryba w puszcze. 

Mleko. 

Dwa jogurty naturalne. 

Sok marchwiowy. 

Resztka ryżu z obiadu. Wnioskuję, że ze wczoraj. Jakoś nie miałam ochoty jeść, więc nie wiem do końca. 

Ja pierniczę. Dziesięciu ludzi w tej zabiedzonej organizacji, a nie ma komu zakupów zrobić. Z reguły robi to Kisame, ale albo dziś jeszcze nie był w sklepie, albo rzeczywiście zrobił strajk jak to zapowiadał od tygodni i „więcej kucharzyć nie będzie”. 

No trudno. 

Wzięłam ryż i jogurt naturalny, wyjęłam miskę z szafki zmieszałam to i bardziej ze zdrowego rozsądku niż z ochoty wsypałam do powstałej papki dwie łyżki cukru. 

Usiadłam na przeciw nich i zaczęłam konsumować słodki jak cholera specyfik. Kiedy wzięłam pierwszą łyżkę do ust po raz kolejny żołądek podjechał mi do gardła. Skrzywiłam się. Zarówno Nagato jak i Itachi to zauważyli, bo Nagato jedynie westchnął, a Itachi lekko się uśmiechnął i upił kolejny łyk wody. 

Spojrzałam na jego szklankę. 

Skupienie wzroku było w tamtym momencie czymś wymagającym ode mnie wysiłku, jednak kątem oka zdążyłam dostrzec jak woda w przeźroczystym naczyniu lekko barwi się na różowo przed tym jak je do końca opróżnił, po czym odstawił ją dość szybkim ruchem i nagle wyszedł z kuchni. 

Krew? 

Nie wiem. 

Kolejna rzecz nad którą mogę się zastanawiać oprócz tego co dokładnie mam dziś zrobić. 

Widocznie nie wymaga to ode mnie zbyt dużo. Przynajmniej takie mam wrażenie, biorąc pod uwagę to, że nie zostałam przywołana do porządku. 

Cholera z drugiej strony, mam na sobie jakąś dziwną niebieską kieckę w duże , szare kwiatki i czarny, długi sweter, wygrzebany z dna szafy. Do tego te włosy… Po co miałabym tak kombinować ze swoją aparycją, jeżeli ni byłoby to nic istotnego? Tak jak już wspominałam – zwykła technika kamuflażu jest najwyraźniej niewystarczająca. 

Kolejna łyżka białej papki. I po raz kolejny się skrzywiłam. W kuchni zostaliśmy tylko my, także stwierdziłam, że muszę się czegoś dowiedzieć.

 - Nagato, powiesz mi co dokładnie mam zrobić? – spytałam w końcu niepewnym głosem sięgając po butelkę wody, którą zostawił na stole Itachi. 

Wyrwałam go najpewniej z rozmyślań, bo oderwał się od studiowania wzorów na płytkach obok zlewu i spojrzał na mnie jakby był zaskoczony tym, że w ogóle tu siedzę. 

 - Jedz, Konan. – odparł, po czym wrócił do podziwiania płytek.

Lekko rozdziawiłam usta ze zdziwienia i mimowolnie rozejrzałam się po kuchni.

Nie. Wzrok mnie nie myli. Jesteśmy tu sami, a on w dalszym ciągu nie chce mi nic powiedzieć, mimo tego, że za moment mam wyjść. Postanowiłam jednak zaufać jego logice, która za każdym razem okazuje się być niezawodna. Nalałam sobie wody do szklanki i skończyłam resztę mojego posiłku, na który wybitnie nie miałam ochoty, także przepiłam go dużą ilością wody by przypadkiem posmak nie pozostał. Bolał mnie żołądek, ale że tak powiem: chciałam to mam. Wstałam od stołu, odłożyłam brudne naczynia do zlewu, jednak ich nie umyłam – niech psioczą. Zawsze po sobie sprzątam, a czasami i po reszcie Akatsuki, także ten raz jak za mnie pozmywają to nic im się nie stanie. Nagato wstał od stołu i równie pedantycznie co ja wsunął po sobie krzesło.

 - Możemy iść? – spytał, krzyżując ręce na piersiach.

Kiwnęłam głową, zgarnęłam swoje rzeczy z podłogi i oboje skierowaliśmy się w stronę wyjścia z organizacji.

Już mieliśmy wychodzić kiedy z jednego z korytarzy dojrzałam szarą głowę, która z reguły doprowadza mnie do szału.

Tak. Hidana.

- Randka? – spytał z ironicznym wyszczerzem na ustach gdy nas mijał.

Nawet się nie odwróciłam. Nagato również go zigronował, ale miałam wrażenie, że burknął pod nosem coś w stylu „Idź do diabła”.

Dokładnie. Niech idzie. Chyba nikt mnie tak nie irytował jak ten człowiek… Nieważne.

Wyszliśmy na zewnątrz. Lało jak z cebra. Poczułam wodę spływającą po plecach jak tylko wychyliłam się z wnętrza siedziby.

Mimo wszystko lubię deszcz. Po prostu.

Ruszyliśmy przed siebie, oddalając się od Amegakure.

- Dokąd teraz? – zapytałam nadal czekając na jakiekolwiek wskazówki co konkretnie miałabym robić i po co ten cały cyrk ze zmianą wyglądu.

- Czemu dziś zadajesz tyle pytań, Konan? – odpowiedział pytaniem na pytanie, nie zwalniając kroku i dalej patrząc w przestrzeń przed sobą.

To co powiedział kompletnie zbiło mnie z tropu. Rzeczywiście, nie mam w zwyczaju dopytywania się o cokolwiek, ale to nie tyle moja inwencja, co raczej to, że zwykle jasno wykłada mi całość sytuacji i do tej pory nigdy nie zdarzyło się bym idąc wykonać jakiekolwiek zadanie, nic o nim nie wiedziała.

- Bo nie wiem kompletnie nic o misji, którą mi wyznaczyłeś, a wydaje mi się, że to dość istotne skoro musiałam nawet farbować włosy. – odparłam, nie do końca zastanawiając się na tym co mówię, głównie ze względu na to, że nadal cholernie bolała mnie głowa.

Na moje słowa zatrzymał się i obrócił w moim kierunku, a jego znużona dotąd twarz przybrała wyraz lekkiego poirytowania.

- Skoro uważasz, że to istotne, to czemu wczoraj, jak gdyby nigdy nic, doprowadziłaś się do takiego stanu?

Stanęłam jak wryta.

W tym momencie miałam ochotę się rozpłakać.

Nie wiesz dlaczego, Nagato? Naprawdę?

Spuściłam wzrok w ziemię.

Przez moment słychać było jedynie szum deszczu, a ja miałam wrażenie, że właśnie przez ten moment serce rozpada mi się w piersiach w proch.

Nagato westchnął i przymknął na chwilę powieki, a po jego chwilowym rozdrażnieniu nie było nawet śladu. Miałam jedynie wrażenie, że od tego momentu był jeszcze bardziej zmęczony niż wcześniej.

Nie wiem jak to określić. Jeżeli miałabym nadać mu jeden przymiotnik opisujący jego osobę przez większość czasu byłoby to właśnie słowo „zmęczony”. A teraz jest to bardziej niż wyraźne.

- Chodźmy już. – powiedział i ruszył przed siebie dużo szybszym krokiem niż przedtem.

Otworzyłam szerzej oczy i go dognałam. Zrównałam się z nim i kątem oka spoglądałam na jego, a właściwie nie jego, bo to ciało Yahiko, zblazowaną twarz.

Miałam wrażenie, że było w niej coś innego niż zazwyczaj, chodź Nagato był prawdziwym mistrzem w ukrywaniu swoich emocji. Przynajmniej kiedy używał zewnętrznych ścieżek. Kiedy rozmawiałam z nim twarzą w twarz odrobinę łatwiej było mi odgadnąć co mniej więcej czuje.

Chodź jest tak jak mówiłam: z reguły jest to po prostu znużenie.

- Właściwie to nic takiego się nie stało. To co masz zrobić nie naraża cię na bezpośrednie zagrożenie, także jedyne co będziesz musiała zrobić to starać się nie chuchać zbytnio alkoholem. – powiedział po dłuższej chwili milczenia, nie patrząc na mnie.

Kiwnęłam głową, a na jego słowa zrobiło mi się chodź odrobinę lepiej.

Resztę drogi pokonaliśmy w ciszy.

*

W oddali zobaczyłam mały, drewniany dom stojący wśród drzew. Taki jeszcze ze starego budownictwa, z papierowymi oknami i i drewnianą dachówką.

Zbliżaliśmy się do niego i to on zaczął się mi jawić jako cel tego „spaceru”. Nie miałam pojęcia o co chodzi, jednak ufałam Nagato.

Zawsze był dla mnie ostoją racjonalizmu. A na nim budowałam większą część swojego życia.

No może prawie zawsze. Raczej od śmierci Yahiko jego działania przybrały takiego wymiaru; nie kieruje się niczym innym tylko logiką.

Nawet jeżeli nie przedstawił mi szczegółów tego co mam tutaj zrobić musiał mieć ku temu wyraźne powody.

W głowie kotłowało mi się jedynie jedno słowo – „eskorta”.

Co do tego, że dom był końcem naszej podróży to miałam stu procentową rację. Stanęliśmy pod dachem, na ganku, a Nagato oparł rękę o przesuwne drzwi, jednak ich nie otworzył. Spojrzałam na niego pytająco. Nie odezwał się, a jedynie zawiesił na mnie wzrok na moment i powoli wciągnął powietrze do płuc.

W końcu pchnął drzwi, a mi z jakiegoś powodu serce zabiło mocniej.

Przeczucie?

Niepewnie przestąpiłam przez próg. W izbie było ciemno. Wszystkie okna były zasłonięte, a do tego na zewnątrz padało i ciemne chmury zakryły słońce. W półmroku dojrzałam ścieżkę ludzi siedzącą na podłodze, w rogu pokoju, która zniknęła w obłoku dymu niemal natychmiast jak weszliśmy do pomieszczenia. Pokój był bardzo minimalistyczny. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dostrzegłam zarys niskiego stołu, stojącego na środku pokoju, jednej, małej komody pod ścianą i rozłożony w naprzeciwległym rogu do tego w którym znajdowało się jeszcze przed momentem jedno z ciał Nagato, futon.

I kogoś śpiącego na tymże futonie, szczelnie okrytego kocem.

Odniosłam wrażenie, że deszcz się nasila i przeistacza w burzę.

Spojrzałam na Nagato szukając wyjaśnienia i w świetle pochodzącym z niedomkniętych drzwi zauważyłam, że ma w dłoniach zapałki. Rozległ się dźwięk pocieranej draski i pomieszczenie rozświetliło się ciepłym światłem. Kiedy ja rozglądałam się po pokoju, znalazł gdzieś świecę i odpalił ją od zapałki, po czym skierował na mnie swój rinnegan i tak patrzył. Przez dłuższy moment.

Poczułam się odrobinę nieswojo, a on w dalszym ciągu się nie odzywał.

Po chwili przeszedł przez pokój, świece odstawił na komodę, stojącą nieopodal śpiącej postaci. Podeszłam razem z nim by dowiedzieć się wreszcie kogo dane mi będzie „eskortować” i być może dowiedzieć się gdzie.

I kiedy podeszłam bliżej czas się dla mnie zatrzymał, oddech chyba całkiem ustał, a łzy stanęły w oczach kolejny raz.

W miarowym świetle świecy skrzyła się opaska ze znakiem Góry Myoboku, na tle szpiczastych, jakże charakterystycznych białych włosów.

Klatka piersiowa podnosiła się miarowo, a twarz naszego mistrza promieniała sennym zadowoleniem.

Ż y j e .

Zakryłam usta dłońmi cały czas wstrzymując płacz.

Nic nie rozumiałam.

Poczułam się w tamtym momencie jakbym właśnie odzyskała ojca. Nie ważne, że on pewnie ma nie wiedzieć, że ja to ja. Że już być może nigdy nie zamieni ze mną słowa wiedząc kim jestem.

Nieważne. Wszystko nieważne.

Żyje. To jest ważne.

Czułam narastającą gulę w gardle.

- Płacz. – usłyszałam głos, jakby z oddali.

Odwróciłam się w stronę źródła owego głosu. Nagato patrzył na mnie sowimi, białymi oczyma, w których skrzył się ogień świecy.

Nie do końca wiedziałam co mam zrobić. Poprawka. Ja już nic nie wiedziałam.

Układanka runęła. Roztrzaskała się na kawałki. To wszystko nie miało sensu, ale w tamtym momencie nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

Jirayia-sensei żyje.

Nie muszę rozumieć.

- Płacz, Konan. – powtórzył tym samym spokojnym tonem, nadal zdając się być tak zgnębiony życiem jak nigdy – Domyślam się, że masz na to ochotę.

Przełknęłam ślinę, a po policzkach rzeczywiście spłynęły mi łzy.

Staliśmy tak przez moment, w milczeniu. On w dalszym ciągu na mnie patrzył, a ja już nawet nie próbowałam wycierać twarzy. Łzy kapały na drewnianą podłogę, a ich odgłos mieszał się z odgłosem kropli deszczu uderzających o ziemię na zewnątrz.

W końcu przerwał milczenie.

- Zarówno on jak i jego trzy żaby biorące udział w walkach mają wymazane wspomnienia. – powiedział – Nie będzie pamiętał nic od momentu wejścia do Amegakure. Do tego ma połamane obie ręce i jedną nogę, żeby nie przyszło mu do głowy w tym momencie wrócić do Ame. Odprowadzisz go do Kraju Ognia. Znalazłaś go nieprzytomnego nieopodal swojego domu i chcesz mu pomóc, a że jesteś cywilem mieszkającym paręnaście kilometrów od Wioski, a nie stricte w niej, nie wiesz za dużo o jej funkcjonowaniu. Tyle. Oto wszystko co musisz wiedzieć. Na bieżąco informuj mnie o przebiegu tej eskorty. Jirayia-sensei obudzi się nie szybciej niż za kilkanaście godzin.

Rzeczowość informacji jakie mi podał kontrastowały z tym, jak bardzo ta sytuacja nie wpasowywała się w ogólnie cele Akatsuki, kontrastowała z jego zachowaniem, z tym, że opierdolił mnie za cokolwiek, a zwykle zdaje się nie zauważać niczego, albo i a to nie reagować, kontrastuje…

Ze wszystkim.

 - A no tak… Zapomniałem, a to dość istotne. – dodał – Większość osób z Ame je nosi, więc i ty teraz powinnaś, żeby się nie wyróżniać. – stwierdził, po czym zdjął z czoła opaskę Amegakure, którą ja przestałam nosić już bardzo dawno temu i mi ją podał. Wzięłam ją w dłonie, niepewnie otworzyłam usta, szukając wyjaśnienia, czegokolwiek.

Chciałam coś od niego usłyszeć. Tylko tyle.

- Nagato, powiedz mi… – głos mi się łamał. – dlacze…

I w tym momencie Tendo również zniknęło w obłoku szarego dymu, a ja dosłownie dostałam spazmów i po prostu uklękłam na podłodze płacząc i kiwając się w przód i w tył, cały czas trzymając ochraniacz na czoło w rękach.

O ile się nie mylę to jest ten należący kiedyś jeszcze do Yahiko.

Zwinęłam się w kłębek na podłodze, starając się szlochać najciszej jak się da i co chwile zerkając na śpiącego mistrza, upewniając się, że to co tu się dzieje nie jest snem.  

Mam wrażenie, że ostatnio chyba za dużo płaczę.

|05| Nic się nie wyjaśnia, ja nadal nic nie wiem, mam kaca i rozmawiam z Itachim w świetle księżyca po pijanemu.

Po raz kolejny chlusnęłam sobie woda w twarz.

Spojrzałam w lustro w mojej już wcześniej zrujnowanej łazience, którą już mniej więcej zdążyłam uprzątnąć.

Nie mam siły. I mam kaca.

Ten permanentny, moralny jest czymś normalnym, więc o nim nawet bym nie wspominała… Tyle że ja mam takiego zwykłego kaca. Takiego po alkoholu. A zaraz powinnam wyjść.

Nadal nie wiem gdzie. Nagato w dalszym ciągu nic mi nie powiedział. Minęłam się z nim na korytarzu, kiedy szłam…

Wróć..

..Byłam prowadzona przez Itachiego do pokoju, gdyż byłam nawalona jak szpak.

Cudownie.

Czekam na moment kiedy w Akatsuki zauważą, że w głowie mi się już całkiem poprzestawiało. No. Itachi nie musi zauważać.

On tego doświadczył.

Kurwa.

To jest dłuższy temat. Wracaliśmy do siedziby, ale ponieważ się „posypałam”, że tak to ładnie ujmę, zajęło nam to odrobinę dłużej niż ostatnio.

No i wyszłam na pierdolnięta desperatkę… pociesza mnie jedynie, że on też zrobił z siebie idiotę… przynajmniej pewnie w swoich oczach. Mnie jest go żal. Ale dobra…

*

Przeczesałam zmierzwione, nijak mi nie pasujące czarne włosy i skupiałam zmętniały wzrok na swoich pomarańczowych tęczówkach.

Powinno być Ci to obojętne, jak wszystko inne idiotko – powiedziałam sama do siebie w duchu.

Nie ma to jak prowadzenie dialogów z samą sobą…

*

No…. z Itachim to było tak, że uparłam się by stanąć w sklepie i kupić papierosy. Myślałam, że będzie protestował, bo parę lat temu rzuciłam, a on doskonale o tym wiedział, bo ciężko by było nie zauważyć, że w kuchni nie ma znajomego „aromatu”, którego nie mogli mi wybaczyć wszyscy moi współpracownicy.

Serio, w Akatsuki nie palił nikt oprócz mnie.

No ale Itachi nie skomentował mojego powrotu do nałogu. Najprawdopodobniej ze względu na to co (niepotrzebnie) powiedziałam mu wcześniej.

Nadal uważam, że zwierzanie się komukolwiek nie ma żadnego sensu.

Nijak nie spowodowało to, że poczułam się lepiej. To co się stało jest rzeczywistością. A mówienie o rzeczywistości nie spowoduje tego, że ona zniknie.

Nieważne.

*

A więc zostawił mnie na ławce na jednej z bocznych uliczek w Wiosce, a sam poszedł mi te papierosy kupić…

*

Póki pamiętam muszę mu oddać za to wczorajsze wyjście i za te nieszczęsne fajki…

Nosz cholera jasna.

Nienawidzę jak nie mogę skupić się na jednej myśli, a kac jest właśnie takim stanem kiedy jest to

dla mnie nieosiągalne.

*

Wracając… Poszedł mi po te papierosy. Oparłam się o ławkę i patrzyłam na księżyc, starając się chodź odrobinę wytrzeźwieć.

Akurat wczoraj była pełnia.

W tamtym momencie już założyłam swoją zwykła maskę obojętności, także po prostu siedziałam, a nie wyłam do tego cholernego księżyca, na co miałam w tamtym momencie przemożną ochotę.

Ulice były puste.

Było za późno na tych zmierzających do knajpy, a za wcześnie jeszcze na tych wracających.

My byliśmy „niechlubnym” wyjątkiem od tego biorąc pod uwagę mój stan. Wtedy, siedząc na tej cholernej ławce przewinęły mi się przez głowę myśli, których, gdybym była trzeźwa, w życiu nie dopuściłabym do głosu.

Przypomniałam sobie jak wyglądało moje życie przed śmiercią Yahiko. Wydało mi się ono w tamtej chwili namacalne. Jakbym mogła w tym momencie wrócić.

Wrócić jak gdyby nigdy nic krzyknąć do siebie, do Nagato i do Yahiko z przeszłości „Hej! Odpuść!”

Odpuśćcie wszyscy!

Teraz nie ma już odwrotu. Siedziałam tak i myślałam. Wspominałam ambitne plany, idee i rzeczy całkiem przyziemne jak choćby to ile razy przypaliłam im obiad zanim nauczyłam się gotować, albo…

*

„Sentymentalna idiotka…” – zagrzmiało mi w głowie.

*

Moją młodzieńczą miłość do Yahiko.

Boże, co w Ciebie nie wierzę, jak to było dawno.

Stwierdziłabym, że było to było młodzieńcze, czyste uczucie, no ale musiałbym sama siebie okłamać…

Jaki mistrz, taki uczeń. W tym temacie Yahiko idealnie wpasował się w te regułę…

Pojawiła mi się w głowie kolejna myśl.

Że w życiu nie dałabym córce (o ile miałabym akurat córkę) zadawać się z uczniem Zboczonego Pustelnika.

No i w tamtym momencie zaczęłam śmiać się jak głupia. Absurdalność tego o czym właśnie myślałam była dla mnie tak niewyobrażalna, że nie mogłam wytrzymać. Prawie położyłam się na tej cholernej ławce, zwijając się i lewo łapiąc oddech.

„O czym ty myślisz głupia? Nie ma odwrotu. Nie będzie idylli. Czego ty właściwie chcesz? Rozdrapać stare rany? Potrzebne ci to?”

*

No tak właśnie wtedy jebałam się w myślach, ale śmiałam się dalej.

Przezabawne.

No i za dużo klnę…

A to może tylko jak mam kaca…

Włożyłam twarz pod strumień bieżącej wody w umywalce nadaj czekając aż Nagato zapuka z wiadomością, że mam się zbierać.

Nie wiem. Chyba mnie opierdoli. Całkiem słusznie. Nie ma to jak doprowadzić się do takiego stanu przed misją…

Spojrzałam w lustro.

Constans kurwa. Nadal wyglądam jak po tygodniowej, nieprzerwanej libacji alkoholowej. Składa się na to moje życie prywatne, to że praktycznie dziś nie spałam, i to że bardzo odchorowałam te dwie butelki wina.

Ostatnio mam upodobanie do zarzygiwania swojej własnej łazienki.

Uwielbiam to.

Już zdążyłam tu posprzątać dwa razy. Raz wcześniej, głównie porozrzucane z szafki pierdoły, teraz… em… podłogę po tym bardzo dla mnie chwalebnym poranku.

Koło drzwi wejściowych do pokoju stał mop, niczym niemy wyrzut mojego wczorajszego pijaństwa.

Przynajmniej jest czysto, żeby nie powiedzieć sterylnie. Wypucowałam dosłownie cały pokój, nie tylko łazienkę. Można jeść z podłogi…

Uporządkowanie układu mnie uspokaja, ale to już jest wiadome, prawda?

Nie zmienia to jednak faktu, że sprzątanie podczas trawienia resztek alkoholu nie należy do czynności zbyt przyjemnych.

Może ja sobie szukam aktywności, które powodują, że mam w życiu coraz gorzej?

„Uczyń swoje żywcie trudniejszym” – poradnik według Konan z Amegakure.

Kurwa.

Tak permanentnie.

Zasługuję na karę? Czy o co mi chodzi?

Nie wiem.

A wspominałam, że chciałabym umrzeć..? Nie?

No to wspominam.

Oparłam się o wymytą, o przepraszam, wyjałowioną umywalkę i uderzyłam czołem o kran w sposób analogiczny do tego jak zrobiłam to ostatnio.

Czemu moje życie tak wygląda?

Czy ja naprawdę poddaję się temu co tutaj się dzieje i nie mam na to żadnego wpływu? Paranoja.

Cholera, tyle, że ja naprawdę widzę sens w tym co robimy. Widzę w tym w kurwę sensu.

(muszę ograniczyć przekleństwa i alkohol. Jakaś chyba jestem grzeczniejsza bez tych dwóch miłych rzeczy…)

Nie ma nawet takiej możliwości, by ludzie się dogadali.

Mędrzec Sześciu Ścieżek próbował…

I co?

Nic.

Wojny, głód, dżuma, ubóstwo i podatki.

Iluzja!

To jedyny sposób.

Natura człowieka to czyste, niczym nie zmącone skurwysyństwo.

Mówię tu także o sobie…

Niech więc każdy dostanie swój świat, który będzie mógł kreować według własnego „widzimisię”. Niech te światy nie wpływają na siebie.

Tylko taka jest droga do pokoju.

Nigdy nie było i nie będzie zrozumienia.

Już wiem czym różnimy się ja z Nagato od Danzo.

Danzo kierował się dobrem Konohy.

Jedynie Konohy.

My kierujemy się dobrem wszystkich.

Za mniejszą lub większą cenę…

Kurwa.

Nagle zgryzłam wargi i w furii, gwałtownym ruchem dłoni zrzuciłam z półki i pralki dosłownie wszystko co dziś rano tak w mozole wycierałam i układałam.

„Po trupach do celu!”

Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i uderzających o płytki przyborów toaletowych.

Pieprzyć to życie.

Niemal natychmiast zabrałam się za zbieranie tego com wprowadziła w stan entropii.

Jeszcze raz spojrzałam w lustro.

Co do mojego wyglądu to nic się nie zmieniło, jednak podkrążone oczy nie miały już smutnego wyrazu.

Miały wyraz obłędu.

„Chciałabym cofnąć czas.” – powiedziałam do siebie uklękłam na podłodze i pozbierałam resztki stłuczonego kubka do płukania zębów z podłogi.

Wciągnęłam parę razy powietrze, niby to jak po większym wysiłku.

Złość ze mnie uleciała.

Czy moje zachowanie cokolwiek zmieni?

Niczego nie zmieni.

Więc po cholerę się miotać?

A po nic.

Muszę przyznać coś sobie. Jest jedna rzecz w której jestem niezaprzeczalną mistrzynią pomijając origami i gotowanie (Kisame się z tym nie zgadza, ale mam to gdzieś. Nadal uważam, że gotuję lepiej od niego…).

…Mianowicie jestem niedościgniona w obalaniu własnych tez.

Po raz trzeci od wczoraj doprowadziłam łazienkę do ładu i z niej wyszłam. Usiadłam na łóżku i sięgnęłam po kubek z herbatą.

Chyba siódmy dzisiaj.

Suszy mnie jak jasna cholera…

*

Ach… Wspominałam o tej eskapadzie po fajki, to może skończę tę jakże fascynującą opowieść.

Siedziałam więc i rozmyślałam o tym jak bardzo nie chciałabym, żeby moja teoretyczna córka zadawała się z kimś o podejściu do związków analogicznym do tego Yahiko…

To znaczy… Nosz.

Tu muszę go trochę obronić. (Szacunek dla zmarłych mi to nakazał, albo wewnętrzne poczucie, że powinnam być wierna przyjacielowi… nie wiem).

Yahiko miał dość luźne poglądy na tego typu sprawy… A raczej poglądy tożsame z tymi, które zostały mu włożone do głowy przez nauczyciela… Nieważne.

Dygresje! Wiele dygresji!

*

Kac morderca nie ma serca i powoduje nadygresjowanie. Cholera, naprawdę nie powinnam wczoraj tyle chlać…

I nadużywam słowa „nieważne”.

No… Nieważne.

*

Tak więc mój przyjaciel miał luźne poglądy. Ale na pewno mnie nie wykorzystywał.

Za mnie jak i za Nagato… No wiemy wszyscy jak się to skończyło, prawda?

Oj coś mam wrażenie, że do tego momentu mam poczucie winy…

Może to tłumaczy to jak bardzo „utrudniam sobie życie”?

*

Wracając do tematu papierosów…

Itachi wrócił ze sklepu w momencie kiedy rozmyślałam (jak zwykle zresztą, rozkładanie wyszeckiego na czynniki pierwsze to moje życiowe hobby, zaraz po utrudnianiu sobie egzystencji) i zaśmiewałam się na tej ławce jak głupia.

Nawet go nie zauważyłam. Po raz kolejny lekko dotknął mojego ramienia.

(Jak romantycznie, nie? No zaraz zobaczycie jak bardzo.)

Podniosłam na niego wzrok nadal ledwo łapiąc powietrze, a on spojrzał na mnie jak na niezrównoważoną psychicznie (i miał rację).

*

…teraz jak tak o tym myślę, to to nawet nie jest śmieszne. To jest tragiczne. Zaśmiewałam się nad tym jak bardzo nie poukładało mi się życie. Jak bardzo rzeczy, które osoba w moim wieku (no teraz jak to napisałam, to poczułam się staro jeszcze bardziej niż zwykle…) powinna raczej wspominać z miłym sentymentem, były dla mnie dalekie i nieosiągalne.

Jako mała dziewczynka widziałam siebie w wielowarstwowym, zdobnym kimonie.

Ślub, dzieci, do tego może praca…

Pamiętam, że miałam marzenie żeby być nauczycielką w Akadami.

Widocznie rozgoryczenie sięgnęło takiego poziomu, że nie pozostało mi nic innego jak się śmiać.

*

…Tak więc Itachi wielce romantycznym gestem dotknął mojego ramienia i spojrzał na mnie jak na chorą psychicznie, a ja wydukałam:

„Kochałeś kiedyś kogoś?”

Nadal oczywiście się śmiejąc.

Chyba zbiłam go z pantałyku jeszcze bardziej niż wcześniej. Nic się nie odezwał a jedynie, przysiadł się do mnie na tę cholerną ławkę.

A ja dalej śmiałam się i patrzyłam na niego. Jego powaga bawiła mnie jeszcze bardziej niż niedorzeczność własnych myśli, także była to niekończąca się karuzela śmiechu.

Cudnie.

A przecież wspominałam, że ja wyszłam na desperatkę, a on na idiotę, więc gdzie meritum?

Tu:

Jedyne czego spodziewałam się po nim w tamtej chwili to jego zdawkowego milczenia, lakonicznej odpowiedzi lub ewentualnie, krótkiego zdania na temat tego, że ma jeszcze brata.

O boże.

Jak ja się pomyliłam.

Nie wzięłam poprawki na to, że może i ja jestem w dużo gorszym stanie od niego, jednak i on nie jest trzeźwy.

Położył mi rękę na ramieniu czułym gestem i z przejęciem spojrzał mi w oczy.

(mogłabym to opisać inaczej, by się aż tak bardzo z niego nie nabijać, ale po co?)

Jego zachowanie było dla mnie tak nietypowe, że przestałam się śmiać i spojrzałam na niego lekko skonsternowana.

- Konan, ja wiem, że masz ciężkie życie. Cóż… Ja również. Ale wiem, że obydwoje będziemy tego żałować. Miałem kiedyś kogoś w mojej wiosce… Ty również, mam wrażenie, nie do końca jesteś do tego przekonana…

Genialnie. „Opatrzne zrozumienie tematu” to mało powiedziane.

No i w tym momencie przerwałam mu kolejną salwą śmiechu i tym razem to ja położyłam mu ręce na ramionach, pijackim, dość nieskoordynowanym ruchem, opierając się na nim częścią swojego ciężaru i przychylając się lekko w jego kierunku, wybełkotałam:

- Itachi, na upartego, jakbym była jeszcze parę lat od ciebie starsza, mogłabym być twoją matką. – powiedziałam przez łzy – no ale dzięki wielkie, że mnie jeszcze traktujesz w takich kategoriach…

*

Śmiałam się, ale w tamtym momencie było mi go strasznie żal.

Ani on, ani ja nie zrobiliśmy z siebie idiotów.

Po prostu jesteśmy samotnymi ludźmi.

I w sumie trzydzieści pięć lat to nie dużo. Tylko jakoś mam dziwne wrażenie, że nie zdążę już ze wszystkim co chciałabym w życiu zrobić. Dlatego czuję się staro.

Nie ma odwrotu. Za późno. To tyle – pani już podziękujemy!

*

Na to co mu powiedziałam nic nie odpowiedział, a jedynie z początku spojrzał na mnie nieco zaskoczony, ale potem się uśmiechnął i podał mi zakupione wcześniej papierosy. Chyba zrozumiał o co mi chodziło i że to co powiedział było lekkim nieporozumieniem.

*

Pewnie wyrzuca sobie to w tym momencie – w tamtym był wypity i nie zwrócił na swoje słowa zbytniej uwagi. Cóż. Przynajmniej mniejszą niż zazwyczaj.

*

Zapaliłam i zaciągnęłam się co spowodowało jeszcze większe zawroty głowy. Przestałam się śmiać, puściłam go i lekko chwiejąc się na boki podparłam twarz na dłoni, w której akurat nie trzymałam papierosa. Spojrzałam na Uchihę. Uśmiechał się i patrzył gdzieś w głąb ulicy opierając się na ławce.

- Miło jest mieć przyjaciółkę. – stwierdził po chwili milczenia nadal patrząc w przestrzeń.

- No widzisz. – odpowiedziałam podnosząc głowę i znów zaciągając się papierosem. – …a do tego coś powiedział przed momentem to ja dodam, że jak kiedykolwiek będę wychodzić za mąż to będziesz moim świadkiem. Pasuje? – zapytałam zapijaczonym głosem, zdając sobie sprawę z abstrakcyjności powyższego stwierdzenia.

Uchiha kiwnął mi głową, cały czas się uśmiechając, bez słowa wstał, podał mi rękę i tak wróciliśmy do siedziby bez słowa, z tym, że tym razem milczenie nie ciążyło mi ani trochę.

Za to niemiłosiernie ciążył mi łeb i nogi niczym z waty, dlatego prowadził mnie pod rękę. Do tego poczucie coraz szybszego brnięcia w bagno towarzyszące mi od czasu kiedy wpatrywałam się w oczy mojego byłego mistrza.

Nie, nie byłam szczęśliwa, gdy wracałam. Było mi jedynie odrobinkę lżej.

Może jest chodź trochę sensu w rozmowie z innymi ludźmi?

*

I ot historia mojej nocnej eskapady.

*

A teraz upijam łyk herbaty i w tym samym momencie rozlega się pukanie do drzwi i doskonale wiem kto się za nimi znajduje.

Spoglądam na zegarek.

Minęło dokładnie dwadzieścia cztery godziny od naszej ostatniej rozmowy.

_________________________________________________

No i jest! Notka! I nadal nic nie wiadomo! Aj tak jakoś wyszło. No…

W każdym razie przybrała ona tak wyraźnej formy pamiętnika jak nigdy. Ano. Może i tak być.

Jest krótka. Sądzę, że kolejna może być dłuższa. Mam weekend przed sobą. Zobaczymy. ;)

Notka dedykowana Temirze i Adriemmer ;)

|04| Mój przyjacielu z Konohagakure…!

- No… Zdrowie! – powiedziałam, może trochę za głośno, opróżniając kolejną czarkę sake do dna.

Itachi spiorunował mnie wzrokiem.

- Nie przeginasz? Pain nie będzie zastanawiał się gdzie jesteś?

Niedaleko do tego abym to ja się zastanawiała gdzie jestem… Kurwa, za dwadzieścia godzin mam być gotowa do jakiegoś bliżej nieokreślonego zadania, a siedzę w zadymionym barze z Uchihą, ubrana w, z trudem znalezioną w szafie, zielonkawą yukatę, bez papierowego kwiatka, w już nie granatowych, a czarnych włosach, upiętych w kok ozdobiony dwoma szpilkami do włosów, które też w sumie nie wiem skąd wytrzasnęłam, gdzieś na przedmieściach Amegakure i śmieję się do rozpuku, na przemian z falą mojej zwykłej życiowej goryczy wyrażonej autoironią. Do tego Madara Uchiha, za którym i tak nie przepadam najwidoczniej robi nam koło pióra. Nie wiem po co dzielił się jakimikolwiek informacjami z Itachim. A sam Itachi według tego co mówi, również nie ma pojęcia, ale jest to informacja co najmniej niepokojąca.

Przynajmniej tyle, że zdążyłam się spakować przed wyjściem. I odrobinę „zmienić swój wygląd”, jak to określił Nagato.

Nie jestem jeszcze taka pijana. Jest dobrze…

Odchrząknęłam, i przejechałam sobie dłonią po głowie, zapominając, że włosy mam upięte i niezbyt da się je przeczesać ręką, po czym zamrugałam kilkukrotnie oczyma by skupić, na moim kompanie tego wieczornego wypadu, wzrok.

- Wiesz… Szczerze w to wątpię. Albo go to zbytnio nie obchodzi, albo myśli że wypełniam dokumenty w biurze Rady Wioski. Zawsze jestem taka obowiązkowa… – uśmiechnęłam się, on nadal patrzył na mnie jakby miał za moment dosłownie odnieść mnie do siedziby Akatsuki, a ja nic sobie z tego nie robiąc, po raz kolejny popełniłam faux pas i sama dolałam sobie do czarki alkoholu z butelki stojącej na naszym stoliku. – …Dziś jakoś nie mam na to najmniejszej ochoty… W ogóle wiesz jak cudownie być nierozpoznawalnym..?

Uchiha zabrał mi czarkę, sam ją opróżnił, chyba uznając, że inaczej będę się z nim kłócić po czym z rozmachem, mam wrażenie, że odrobinę większym niż zamierzał, odłożył ją obok swojej.

Dobra, może jestem odrobinę pijana.

Odrobinkę.

Ale nie mogę powiedzieć, że on jest całkowicie trzeźwy, także jeszcze nie jestem alkoholikiem… A że wypiłam dwa razy tyle co on…? Cóż. No… Ten…

- Domyślam się. Samo chodzenie po Amegakure bez płaszcza, w normalnym ubraniu, jest dość przyjemną odmianą. Masz odrobinę spokoju od spojrzeń… A do tego ty masz tu status… hym… jakby to określić… – odpowiedział, odrobinę miotając się przy zakończeniu zdania, co zwykle mu się nie zdarza. Prawdopodobna chęć by mnie nie urazić mieszała się z lekko splątanym językiem i oto był tego efekt.

Konspiracyjnie, o ile da się robić cokolwiek nie zwracając na siebie uwagi będąc w takim, a nie innym stanie, nachyliłam się przez stół, prawie przewracając w większości już pustą butelkę sake, która zachwiała się niebezpiecznie, kiedy trąciłam ją ręką.

- Wysłannika boga…? Owszem. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie to wkurwia przez większość czasu… – zakreśliłam okrąg ręką, pokazując wszystkich obecnych w pomieszczeniu, opierając się na jednej dłoni o stół, a że w tym momencie nie byłam zbyt pewna swoich ruchów to wykonałam ten manewr, prawie kładąc mu się na ramieniu – Nawet nie mogę z nimi normalnie rozmawiać. Kurwa, co to za Lider Wioski, który nie może po ludzki pogadać z mieszkańcami..?

Zaśmiał się.

- Nie posądzałem cię o bycie politykiem z powołania… Za to jesteś dużo bardziej rozmowna niż zakładałem po tych paru latach znajomości… Albo to kwestia tego, że się upiłaś. Też prawdopodobne. – stwierdził.

Ano, po prostu się upiłam, a moje życie jest tak do dupy, że potrzebuję komuś pierdolić jakieś nic nie znaczące głupoty, żeby zająć myśli i nie wałkować w głowie tego co się dziś stało.

- No… Widzisz, Itachi. Ty jeszcze dużo o mnie nie wiesz… Wbrew temu coś mówił.

Wyciągnął się kanapie, na której siedział, a na jego ustach zagościł ironiczny, acz życzliwy uśmieszek.

- No to uważaj. Ja ci powiem jak mogłaby wyglądać twoja iluzja. – powiedział.

O! A to ciekawe.

- W takim wypadku słucham ja ciebie… – tu zrobiłam efektowną, według wypitej mnie, pauzę – mój przyjacielu z Konohagakure…

Na to co dodałam, parsknął śmiechem.

- Dobra, w tym momencie zmieniam zdanie. W twoim nieskończonym Tsukuyomi moja Wioska znika z powierzchni ziemi. Zadowolona?

- Oczywiście. Oprócz tego łamię wszystkie kości Szanownego Danzo w imadle. Po kolei i powoli… Moje marzenia, moje sny! – odpowiedziałam rozbawiona przez moment tą wizją.

Po czym bezwładnie opadłam na oparcie a moja mina zrzedła niemal natychmiast.

I po raz kolejny to samo pytanie: czym my się od niego różnimy?

Itachi spojrzał na mnie zdziwiony, a ja poczułam jak mimowolnie w oczach znów stają mi łzy.

Mimo upojenia, instynkt samozachowawczy nakazał mi zaciśnięcie powiek i próbę zmiany tematu.

Odchyliłam głowę przez oparcie, pomrugałam kilkukrotnie wilgotnymi oczyma, próbując skupić wzrok na falującym suficie. Najbardziej dyskretnie jak potrafiłam wytarłam twarz w szeroki rękaw yukaty.

Oczywistym jest to, że było to widać, bo ledwo trzymałam się na nogach.

- …No. Pośmialiśmy się z Konohy, to teraz powiedz co naprawdę myślisz na temat mojego wiecznego Tsukuyomi… – powiedziałam do niego podnosząc głowę i siląc się na uśmiech.

Patrzył na mnie jak na niezrównoważoną psychicznie, z lekko otwartymi ustami.

- Konan, powtórzę pytanie z rana… Czy ty się dobrze czujesz? – spytał.

Nie.

- Oczywiście. …Tylko czasem mi rzewnie i żal trochę za przeszłością. To wszystko. Ale to nie ma żadnego znaczenia. – odparłam siląc się na pewny ton, co wyszło raczej średnio.

Niezgrabnym ruchem sięgnęłam po butelkę. Itachi mnie ubiegł i zabrał ją ze stołu, nadal patrząc na mnie dość niepewnym wzrokiem. Moja ręka dosłownie musnęła szkło.

- Nie chcę ci robić za przyzwoitkę, ale chyba ci wystarczy, nie uważasz..? – raczej stwierdził niż spytał Uchiha.

Z pustym uśmiechem na ustach rozłożyłam ramiona i kiwnęłam głową na znak poddania się jego kurateli co do ilości alkoholu, który mogę spożyć. Pokiwał lekko głową na boki i odstawił flaszkę bliżej siebie.

- W ogóle wypadałoby się już zebrać. Późno… – stwierdził po chwili.

- Ano… Może i racja… Tym bardziej, że mam jutro misję… – dodałam nie do końca kojarząc, jaką reakcję może to wywołać.

Mojemu kompanowi do kieliszka dosłownie ręce opadły. Zarejestrowałam głuchy dźwięk ich uderzenia o blat.

- Konan, jesteś niepoważna. Ty masz coś jutro konkretnego do zrobienia i doprowadzasz się do takiego stanu? – zapytał po czym westchnął najpewniej rozczarowany moim brakiem logicznego myślenia.

Pochyliłam głowę na znak skruchy jak skarcony piesek.

- Itachi, mi naprawdę już chyba wszystko jedno. – wybełkotałam.

Wstał i lekko dotknął mojego ramienia.

- Dobra, Konan. Idziemy. – powiedział łagodnym ale i stanowczym głosem.

Nosz cholera jasna… Jestem od niego czternaście lat starsza, a robi mi dziś za niańkę.

Dopiero kiedy miałam wstać od stołu, poczułam ile wypiłam.

Odrzuciłam głowę do tyłu, dość nieskoordynowanym ruchem i spróbowałam wstać.

Cóż, po części się udało.

Po części.

Itachi złapał mnie pod ramiona widząc do jakiego stopnia mną chwieje i zarzucił na siebie moją rękę by móc mnie przytrzymać na wypadek utraty równowagi.

Westchnął. Kątem oka przyuważyłam jak wyciąga pieniądze z kieszeni i kładzie je na stole, co jednak nie przyciągnęło zbytnio mojej uwagi.

Mijaliśmy ludzi w knajpie. Niektórzy uśmiechali się do niego i gwizdali, a mnie w jakiś niezmiernie przykry sposób to bawiło.

Włóczyłam nogami, obserwując jak ci sami ludzie, którzy umykają w popłochu na widok mojego płaszcza i skrzydeł, dziś gratulują mojemu współpracownikowi z organizacji o symbolu czerwonej chmury, udanego „łupu”.

Tyle, że obydwoje byliśmy ubrani po cywilu.

Dlaczego Plan Księżycowe Oko miałby być czymkolwiek złym, skoro życie to i tak gra pozorów i złudzeń?

Wyszliśmy przed lokal. Było ciemno chodź miesiąc było widać wprost idealnie, oświetlał on kręte i wąskie uliczki biedniejszej części Amegakure, otoczonej budynkami sięgającymi nieba.

Akurat teraz nie było chmur, co znów wywołało w mojej piersi ucisk.

Nagato nawet nie sprawdził czy jestem w Wiosce.

Wiedział, że wrócę? Jak pies?

Dłuższy czas patrzyłam w przestrzeń przed sobą aż w końcu poczułam jak Itachi się zatrzymuje. Postawił mnie, o ile da się tak to nazwać, przed sobą, trzymając mnie za ramiona i patrząc na moją twarz.

…i dopiero teraz sobie uświadomiłam, że znów jest mokra od łez. Głośno przełknęłam ślinę. A on chyba nie wiedział co mi powiedzieć, bo jedynie stał i patrzył na mnie bezradnym wzrokiem, pilnując bym się nie przewróciła.

Dobra, raz kozie śmierć.

Może mi będzie chodź odrobinę lepiej..?

- Znałeś Jirayę z Konohagakure? – spytałam łamiącym się głosem.

Przez moment myślałam, że moje słowa do niego nie dotarły, bo przez chwilę milczał.

- Jednen z Sanninów z Konohy, Mistrz Jinchuriki Kuramy, byłego członka z drużyny mojego brata; Minato Namikaze, Czwartego Hokage i… wasz. Do tego niewybredny pisarz. Ciężko było o nim nie słyszeć, a ja jeszcze zanim opuściłem Konohę zdążyłem poznać go osobiście, chodź byłem wtedy dzieciakiem… Do tego miałem okazję się z nim spotkać parę lat temu, kiedy byliśmy w Konosze z Kisame. – odparł po chwili,  nieco skonsternowany.

- Nie żyje. – odpowiedziałam beznamiętnie.

Uchiha zmarszczył brwi.

- Skąd masz te informacje? Robiliście wywiad w Konohagakure?

Przymknęłam oczy, a spod powiek wylał się kolejny strumień łez. Uśmiechnęłam się.

- Informacje to ja mam z pierwszej ręki, Itachi… – powiedziałam zapijaczonym, drwiącym z siebie samej głosem.

Spojrzał na mnie lekko zszokowany, ale więcej nie pytał.

Zrozumiał? Któż zrozumie, jak nie on?

A historię odmiennych ludzi z odmiennych miejsc czasem są analogiczne, nie wiedzieć czemu…

I nie, nie było mi lepiej. Ani trochę. Kolejna strata czasu.

Cóż mi dało, że mu to powiedziałam?

Nic.

Na powrót wziął mnie pod rękę i znów, w milczeniu, powędrowaliśmy w stronę „domu”.

I analogicznie do tego, jak tego samego dnia, tylko wcześniej, szliśmy z Nagato.

To sen.

Nie ma nic namacalnego.

Skąd wiem, że to co się dzieje nie jest tylko wytworem mojej chorej głowy?

|03| Martwa natura.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Kurwa mać, czy ja sobie już nawet poryczeć nie mogę w spokoju?

- Moment! – krzyknęłam do niezidentyfikowanej postaci na korytarzu, wytarłam mokrą twarz w rękaw płaszcza, wzięłam trzy głębokie oddechy i spojrzałam w lustro wiszące na szafie w moim pokoju. Miałam lekko czerwone, zamglone oczy, ale żeby to widzieć należałoby się mi przyjrzeć… i nie bać się tego skomentować. Moi towarzysze z Akatsuki raczej nie mają w zwyczaju pchać się w cudze sprawy prywatne, tak więc mogę otworzyć bez żadnych konsekwencji.

- Proszę! – krzyknęłam ponownie, już swoim zwykłym, obojętnym tonem.

Drzwi otworzyły się powoli, a ku mojemu zaskoczeniu stanął w nich Nagato. A raczej Tendo, ciało Yahiko.

Skonsternowana nadal stałam na środku pokoju, przed lustrem, lekko marszcząc brwi i patrząc jak praktycznie bezszelestnie przekracza próg po czym domyka drzwi za sobą. W ręce miał płócienny worek. Spojrzał na mnie, usiadł przy stole, pod ścianą, a pakunek położył na podłodze. Jego białe oczy powędrowały na powierzchnię stołu, na którym leżał częściowo „napoczęty” żółw z płytek mahjong. Nigdy w to nie grałam z kimkolwiek, bo bałam się o własnie oszczędności. Szczęściem w hazardzie dorównywałam chyba jedynie Godaime z Liścia, jednak ja byłam zawsze dużo bardziej zapobiegawcza.

Tak w życiu, jak i w grze.

Co nie zmienia faktu, że lubiłam układać płytki. Uporządkowanie układu w jakiś sposób mnie uspakajało. Te jeszcze układałam przed wyjściem, zanim…

Zanim co, sentymentalna idiotko?

Lekko przygryzłam wargę i uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, a on jak gdyby nigdy nic zaczął zabierać ze stołu kolejne pary kolorowych płytek i układać je we wcześniej rozpoczęte przeze mnie rządki, na krańcu blatu.

Nie miałam bladego pojęcia o co może mu chodzić. Z reguły przychodził, kiedy miał do mnie konkretną sprawę. Od śmierci Yahiko jawił mi się innym człowiekiem niż kiedyś. Zawsze był zamknięty w sobie, jednak od dwudziestu lat mam wrażenie, że nie wiem już chyba o nim niczego. Staliśmy się dla siebie jako obcy ludzie. Co najwyżej – współpracownicy, połączeni jednym celem.

A dzisiejsza sytuacja wybiła mnie z tego przekonania.

Niepewnie podeszłam do stołu i usiadłam naprzeciw niego, na drugim z krzeseł.

Podniósł wzrok na moment po czym wrócił do układania płytek.

Cisza ciążyła w powietrzu. Dałabym sobie rękę obciąć, może być i ta, którą przed paroma godzinami wyleczył mi Kakuzu, że gdybym teraz zrzuciła te płytki ze stołu zawisły by w powietrzu, podtrzymywane tym gęstym milczeniem.

Ale nie rzucę.

Uśmiechnęłam się pod nosem, szydząc sama z siebie w głowie i poczułam kolejne ukłucie bólu w klatce piersiowej, gdzieś pod żebrami, na wysokości mostka, lekko z lewej, które po raz kolejny w swoim życiu zignorowałam.

Patrzyłam jak zręcznie i szybko, ale i spokojnie zdejmuję kolejne płytki. Po jego twarzy nie mogłam odgarnąć żadnej emocji, ani zamiaru. Jak zwykle był nieprzenikniony. Mimo to sama sytuacja, że tutaj przyszedł jawiła mi się wybiciem z codziennego rytmu i tego do czego nawykłam.

Dźwięk białych, prostopadłościennych kawałków drewna sandałowego, z namalowanymi wielobarwnymi emblematami, kładzionych na blacie, był jedynym co zdawało się przebijać przez zasłonę ciszy.

- Konan, mam dla ciebie zadanie do wykonania. – powiedział w końcu, nie odrywając się od układania płytek.

Poczułam po raz kolejny jakiś taki ucisk w klatce piersiowej.

Czego się spodziewałam? Rozmowy? Po tych dwudziestu latach milczenia? Przecież tak naprawdę nic się nie zmieniło. To co miało miejsce dokładnie wpisało się w to czego powinnam się spodziewać.

Żadnego zaskoczenia.

Po raz kolejny uciekłam wzrokiem gdzieś na przeciwległą ścianę, wpatrując się w kolorową martwą naturę, która na niej wisiała, a której bytności w moim pokoju nie mogli mi wybaczyć Deidara i Sasori, nazywając ją „zaprzeczeniem artyzmu” i „pstrym kiczem, który powinien spłonąć”.

W sumie się z nimi zgadzałam, ale te polne kwiaty w wazonie przypominały mi kwiaty stawiane na stole w kuchni przez moją matkę, każdego dnia rano, jeszcze przed rozpoczęciem wojny.

Ech… Pal licho to życie.

Nagato nawet nie dał mi czasu na pogodzenie się z aktualną sytuacją.

Chodź jest to działanie dość logiczne. Musiałby mi dać chyba czas do mojego zgonu.

Spojrzałam na niego.

- Co konkretnie mam zrobić? – spytałam pozornie obojętnie.

- Eskorta. – odrzekł i zebrał ze środka stołu ostatnią parę drewnianych płytek.

Moja twarz natychmiast straciła beznamiętny wyraz, podczas gdy Nagato wstał od stołu.

Układanka się rozsypała. Nie tyle ta ze stołu, co ta w mojej głowie. Nie rozumiałam nic z jego działania. Po cholerę mnie wysyłać do zwykłej eskorty, skoro Akatsuki ma jeszcze siedmiu członków, którzy mogliby się tego podjąć. Moja nieobecność w Wiosce przez dłuższy czas może zakłócić jej funkcjonowanie. I tymi względami Nagato kierował się za każdym razem kiedy nie wyznaczał mi tego typu zadań. Dodatkowo żadna na tyle istotna, konkretna osoba, ani przedmiot nie przychodziły mi w tym momencie do głowy.

O co tu chodzi?

- Jakim sposobem chcesz mnie wysłać gdziekolwiek, skoro jestem jedyną od razu rozpoznawalną osobą w Deszczu i jego okolicach? Czy bardziej roztropne nie byłoby wysłanie kogoś innego? Mógłbyś mi w ogóle nakreślić szczegóły?

Wsunął krzesło powolnym ruchem i sięgnął po płócienny worek. Na jego twarzy pojawiło się znużenie. Westchnął i podał mi pakunek. Wzięłam go od niego i odkryłam, że nie jest zbyt ciężki.

- Wszystkiego dowiesz się dokładnie za dwadzieścia cztery godziny. Spakuj się do tego czasu na parę dni i… na ile możesz zmień swój wygląd. – odpowiedział i wskazał otwartą dłonią na to co przed momentem mi wręczył, po czym po prostu wyszedł.

Usłyszałam dźwięk powoli zamykanych od zewnątrz drzwi.

Nic nie rozumiałam. Po co tyle zachodu? Co konkretnie mam zrobić? Nagato do tego momentu nie zachowywał się tak nigdy. Miał zawsze jasno określone plany, o których informował mnie z pedantyczną wręcz obowiązkowością, za każdym razem kiedy dotyczyły mojej osoby chodź w najmniejszym stopniu.

Był on człowiekiem nazbyt wręcz logicznym. A w tym momencie mi się to nie zgadzało. Jeżeli to istotna misja, a taka była, bo mnie nigdy nie oddelegowywał do czegokolwiek co mógł zrobić ktoś inny, żeby nie odciągać mnie od mojej pracy w Wiosce, to czemu nic konkretnego mi o niej nie powiedział?

Wlepiłam wzrok w już zamknięte drzwi.

Po co?

I jeszcze ta zmiana wyglądu? Czyli mam się przemieszczać po Amagakure?

To już w ogóle byłoby dla mnie absurdem.

Spojrzałam na rządki drewnianych płytek, które poukładał, jak mi się zdawało, w równe rzędy. Jak od linijki.

Ale wcześniej nie zwróciłam uwagi na to jak odłożył ostatnie dwie płytki, bo byłam zbyt zaaferowana tym co właśnie mi powiedział.

Otóż całkowicie odstawały one od reszty. Leżały wybijając się z uporządkowania, które dominowało na stole, krzycząc wręcz swoim asymetrycznym położeniem.

Płytki były oznaczone symbolem Białego Smoka.

Wiem, że niektórzy wróżą z mahjonga. Ja osobiście, jako osoba o raczej krytycznym podejściu do życia, nie mam na ten temat zielonego pojęcia, jednak znaczenie paru płytek utkwiło mi w pamięci, może dlatego, że na moim pierścieniu jest symbol oznaczający „biały” i ma on podobną symbolikę. Akurat Smok oznaczał: koniec, brak, prawdę, stratę i niewiadomą.

Poczułam jak w oczach znów stają mi łzy, co jednak zignorowałam zmuszając się do dalszej aktywności. W tym momencie byłam naglona czasem. Nie mogłam sobie pozwolić na słabość.

Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam konieczność wstania z krzesła i niedopuszczenia do całkowitej rozsypki psychicznej.

Nie wiem czy zrobił to z premedytacją. Tak jak już kilkukrotnie wspominałam – ja już chyba nic nie wiem.

Nawet jeżeli to zamierzone działanie, to czy to cokolwiek zmienia?

Nie.

W rękach miętliłam worek, który mi wręczył. Wyciągnęłam go obojętnym ruchem na wolną części stołu i otworzyłam.

Dwa pudełka.

Farba.

Farba do włosów. Czarna.

Już chyba sama nie wiedziałam co mam w tym momencie czuć. Wychodzi na to, że zwykła technika kamuflażu za pomocą czakry jest tym razem niewystarczająca. Cudownie. To z kim ja będę mieć do czynienia..?

Nagle uświadomiłam sobie, bardzo przyziemną rzecz. Będę musiała poprosić kogoś o pomoc, bo sama nie umiem farbować włosów, a już w szczególności u siebie. A żeby nie było tego widać musi to być zrobione chociaż z minimalną dokładnością, o którą siebie, w przypadku robienia na swojej głowie czegokolwiek innego niż czesanie się szczotką, raczej nie posądzam.

Ostatnie na co miałam ochotę w tym momencie to rozmowa z którymkolwiek z pozostałych członków Akatsuki.

Westchnęłam i przetarłam skronie wolną dłonią.

No kurwa… Za co..?

Do głowy przyszli mi od razu Deidara i Sasori. Obydwaj raczej daliby sobie z tym radę. Jednak perspektywa niezobowiązującej paplaniny z nimi wydała mi się nieznośna.

Hidan. Biorąc pod uwagę jak idealne ma zawsze włosy… No ale miałam coś do zrobienia. A jeżeli on doprowadzi mnie swoim czczym pierdoleniem o Jashinie do większych wychyleń emocjonalnych niż teraz (a pewnie by to zrobił, jak zwykle zresztą) to najprawdopodobniej ze względu na rozstrój uczuciowy popełnię samobójstwo.

Zapaliła mi się w głowie lampka.

Poszłam do łazienki, opłukałam twarz wodą, złapałam worek z farbą w rękę i wyszłam na korytarz.

Nie wierzę, że muszę to robić.

Przeszłam na drugi koniec siedziby i podeszłam do ostatnich drzwi.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Maskę czas założyć. Niezależenie czy go lubię czy nie, nie mam zamiaru rozmawiać z nikim o tym co się dziś stało.

Zapukałam.

- Proszę! – krzyknął Itachi z środka.

Weszłam do pokoju dokładnie w ten sam sposób w jaki zrobił to Nagato poprzednio. Najciszej jak się da. Itachi siedział na łóżku, z książką w ręku i patrzył na mnie nieco zaskoczony.

- Masz może trochę wolnego czasu? – spytałam, trzymając przed sobą czarny worek.

- Zależy na co dokładnie, Konan. W ogóle czym zawdzięczam tę wizytę? To chyba pierwszy raz jak pojawiłaś się u mnie w pokoju. – odparł i się uśmiechnął.

- Mam do ciebie nietypową prośbę… Bardzo nietypową.

Uniósł brwi, odłożył książkę na szafkę nocną stojącą obok łóżka, i wstał krzyżując ręce na piersi.

- No… Więc słucham. – odpowiedział.

Otworzyłam worek i wyjęłam z niego dwa opakowania farby. Kiedy Uchiha zobaczył co mam w rękach to się roześmiał.

- Myślałem, że twoją pasją jest origami, a nie fryzjerstwo. Mimo postępującej ślepoty jestem przekonany, że jeszcze nie mam na głowie siwych włosów… – zażartował.

Prychnęłam.

- Nie mam zamiaru farbować włosów tobie, a poprosić cię o pofarbowanie moich. – odparłam.

Itachi spojrzał na mnie zdziwiony i podrapał się po głowie.

- Czemu akurat ja? – spytał.

- Bo jako jedyny z Akatsuki mnie nie wkurwiasz. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Znów się uśmiechnął i rozłożył ręce w geście biernej zgody.

- Nie odpowiadam za efekt. – zastrzegł.

- Na pewno zrobisz to lepiej niż ja na swojej własnej głowie.

- W porządku. Daj mi to pudełko… – podszedł do mnie i wyciągnął ręce po farbę. Wręczyłam mu obydwa opakowania. – No to ja przestudiuję co tutaj nawpisywali, a ty się rozsiądź na krześle… – spojrzał na mnie i się wyszczerzył – Nie wierzę, w to co robię. – skwitował.

Ja też nie wierzę w to co robię. Jeden z ostatnich członków klanu Uchiha, najprawdopodobniej władający techniką genjutsu na bardziej zaawansowanym poziomie od samego Madary, w końcu poszukiwany nukenin, robi mi dziś za fryzjera.

Dziś, kiedy moja nienawiść do siebie objawiła się z całą swoją okazałością.

Moje życie to absurd.

Westchnęłam.

Zdjęłam płaszcz i przewiesiłam go przez oparcie krzesła, które przestawiłam na środek pokoju.

- Trzeba coś przynieść? – spytałam, odrywając go od czytania etykiety.

- Bo ja wiem, Konan? Chyba miskę. Pędzel był w pudełku. Albo czekaj… – powiedział i otworzył szufladę. Wyjął z niej pudełko, najpewniej po paluszkach, a w którym teraz leżały długopisy. Opróżnił pojemnik, a przybory do pisania przełożył do kubka stojącego na biurku.

Spojrzałam na niego.

- No… Chyba pogadam z Kakuzu, żeby wam trochę dołożył na artykuły biurowe. – stwierdziłam.

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Rozrobił farbę zgodnie z tym co było napisane na opakowaniu, wyjął z pudełka celofanowy fartuch i zapiął mi go pod szyją za pomocą spinacza do papieru. Założył rękawiczki, stanął za mną i ku mojemu zaskoczeniu zaczął nakładać farbę pędzlem z dość dużą wprawą, umiejętnie przekładając kolejne pasma włosów.

- Itachi Uchiho, wytłumacz mi jedną rzecz… Gdzie nauczyłeś się farbować włosy? Tu raczej nie. Będąc kapitanem ANBU też raczej wątpię. – skwitowałam.

Zaśmiał się a ja poczułam jak przekłada mi kolejne pasmo.

- Byłem kiedyś kapitanem ANBU tak jak i opiekunką do dzieci, sprzątaczką, fryzjerem… a no i dziedzicem rodu Uchiha, ale to chyba najmniej, Konan. – odpowiedział nie przerywając farbowania. Coś podpowiadało mi by nie drążyć dalej, ale on zrobił to sam, a jego ton spoważniał. – Wiem, że przeszukiwałaś dokumenty. – dodał. Nie zważając na to, że nadal nakładał mi farbę odwróciłam się nieznacznie w jego kierunku by go widzieć. Jego zwykły życzliwy uśmiech gdzieś wyparował. – Jedynie poproszę, byś się nie wtrącała… Nie mam prawa mieć ci tego za złe, tym bardziej, że ja też wiem więcej niż powinienem o tobie i Nagato.

Otworzyłam szerzej oczy.

Nagato?

Dla wszystkich członków dzisiejszego Akatsuki, oprócz mnie, Madary i Zetsu, Nagato nie istniał. Był jedynie Pain. Nawet nie powinni się domyślać, że za Painem stoi ktoś jeszcze.

- Skąd..? W przeciwieństwie do Konohy, co jest ich podstawowym błędem, to na nasz temat nie ma ż a d n y c h dokumentów tego typu. – spytałam nadal patrząc na niego wielkimi oczyma, podczas gdy nałożył mi na kosmyki kolejną porcję farby.

Parsknął śmiechem.

- Konan dam ci radę. Nie ufaj niczemu co mówi mój znamienity przodek, bo się obydwoje bardzo mocno na tym przejedziecie, jeżeli nie będziecie jego słów dzielić przez pół…

I nagle ta z pozoru niezobowiązująca rozmowa spowodowała u mnie na plecach gęsią skórkę.

Byłam pewna, że Madara utrzymuje tożsamość Nagato w tajemnicy. Moje zdanie na temat protoplasty rodu Uchihów nie było zbyt pochlebne, jednakże nie podejrzałam go o ujawnianie naszych interesów komukolwiek.

Tym bardziej, że zdawałam sobie sprawę z tego, że tak Nagato jak i ja jesteśmy jedynie narzędziem.

Aczkolwiek przydatnym narzędziem.

Kolejna rzecz, która zdawała się nie mieć sensu.

Nie mogę z nim na ten temat rozmawiać tutaj. Właściwie to nie mam pewności, czy on wie cokolwiek więcej, czy jest to jedynie jego przekonanie na temat Madary.

- Chyba muszę się napić… – stwierdziłam, bo autentycznie nie wiedziałam co mu mam odpowiedzieć.

Na moje słowa powtórnie się uśmiechnął, ale ich nie skomentował.

- Skończyłem. – oznajmił po chwili, jak gdyby te słowa które padły nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu poinformowania mnie o tym fakcie – Teraz siedzisz tak pół godziny.