|12| I wtedy wchodzi O N A . Cała na biało.

###OD AUTORKI: Nom… Szybko napisana, bardzo specyficzna notka. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami (tj. historią mojego kolegi ratownika medycznego, który opowiedział mi kiedyś o weteranie wojennym, któremu podali „głupiego jasia”. W tej historii nie było „jarzeniówki”, ale był „pierdolony pomidor”, którego pielęgniarka miała zabrać z „tego jebanego parapetu”. Tak, dobrze myślicie. Na parapecie nie było żadnego pomidora. 

A więc „Konan out of control”.

Notka pisana przy dźwiękach utworu Pixies – Where is my mind. Pozwala on się wczuć w stu procentach w to co tu jest napisane, więc polecam. Endżoj.# ##

Boże, jak jasno.

Biel i światło.

Czyli tak wygląda druga strona?

Tylko czemu bolą mnie od tego oczy?

Czy tutaj też ma się oczy?

Kurwa.

To jest jarzeniówka.

Pierdolona jarzeniówka.

Ja-rze-niów-ka.

Świeci mi w oczy.

Za jakie grzechy?

Drogą dedukcji dochodzę do wniosku, że po drugiej stronie nie ma jarzeniówek.

Tak przynajmniej kiedyś mówiła mi siostra mojej matki.

Taka ciotka.

Która była nawiedzona.

A przynajmniej ja tak twierdziłam jak byłam mała.

Nie wiem. Nie lubiłam jej.

Za dużo mówiła o tym, że niedługo wybuchnie wojna.

Wróć.

Ale przecież potem wybuchła. Nawet były dwie.

Trzy nawet.

Bo przecież jeszcze ta domowa.

Boże. JA-RZE-NIÓW-KA.

Niech ktoś zgasi tą pierdoloną ja-rze-niów-kę.

W ogóle bytność pierdolonej-jarzeniówki-świecącej-mi-w-obolałe-oczy-które-chyba-jednak-nie-są-do-końca-oczami-trupa-takie-mam-przynajmniej-wrażenie-chyba uświadamia mi rzecz następującą:

Drogą dedukcji doszłam do tego, że…

O czym ja w ogóle myślę?

Przecież to nie ma najmniejszego sensu.

Gdzie jestem?

Aha. JA-RZE-NIÓW-KA.

Więc drogą dedukcji, po długich i głębokich rozważaniach stwierdzam, że mam nad głową ja-rze-niów-kę i bolą mnie od niej oczy.

Mogłabym je zamknąć.

Ale w sumie poruszanie powiekami jest jakieś teraz takie utrudnione.

W ogóle czy ja mam powieki?

CO?!

Jak mogłabym nie mieć powiek? O czym ja…?

Przecież mrugam… jak patrzę na ja-rze-niów-kę.

Niech ktoś to zgasi…

Ktokolwiek.

Nagato, zgaś światło.

Dlaczego nie chcesz zgasić światła?

Że co..?

Właściwie co ty robisz w pokoju z ja-rze-niów-ką?

Przecież powinnam przed tobą uciekać.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Jak to nie?

Jak już tu jesteś to zgaś światło.

Dlaczego nie?

Sama zgaszę.

Nie trzymajcie mnie!

To znaczy nie trzymaj.

Jak ja nienawidzę jak jest cię więcej niż jeden w tym samym momencie.

Po co tyle cię na raz?

Jakie kroplówki?

Że co?

Że wyrwę?

Ale po co mi te kroplówki?

Tak, zostanę tu, ale zgaś tą cholerną JA-RZE-NIÓW-KĘ?

Jaki oddział?

No i co?

Przecież tam jest kontakt! ZGASZĘ!

Dlaczego nie mogę?

Nie, nie chcę nic na uspokojenie.

Przecież jestem spokojna! Normalnie z tobą rozmawiam!

Chwilę… dlaczego ja z tobą rozmawiam?

Nie powinno mnie tu być.

Nie, ja naprawdę nie chcę nic na uspokojenie.

Chcę tylko, żeby zgasła JA-RZE-NIÓW-KA.

Puść mnie.

Nie dotykaj mnie  j e g o  rękami!

Powinniśmy go pochować już dawno temu.

Puść mnie do cholery!

O, ciemność.

Tak.

Dokładnie o to mi chodziło.

Dziękuję, Nagato.

Właściwie to co tu robię?

Jak to?

Ale, że naprawdę?

I co masz zamiar teraz zrobić?

Jak ja?

Że niby ja mam coś robić?

Ale, że tak oddzielnie?

Dobrze się czuję, możemy rozmawiać teraz!

Nie kłóć się ze mną.

Nie krzycz.

W sumie, to nie pamiętam kiedy ostatnio krzyczałeś.

Boże.

Pamiętam.

Czy mogę prosić ⅙ ciebie o opuszczenie tego pomieszczenia?

Po co?

Bo patrzenie na ciebie jest gorsze od JA-RZE-NIÓW-KI!

To znaczy nie na ciebie.

Kurwa mać, przecież wiesz o co mi chodzi.

Jak to nie wiesz? Z reguły to ty mi odpowiadasz na pytania.

Wyjdź.

Jak to nie możesz?

Dlaczego?

Wyjdź, bo to ciało od samego początku tego cyrku jest samo w sobie pierdolonym wyrzutem.

Proszę Tendo o opuszczenie pomieszczenia.

Mówiłam ci nie krzycz.

Nie jestem przecież zdolna do normalnej rozmowy. Nie możesz teraz na mnie krzyczeć.

W ogóle dlaczego ja nie jestem zdolna do normalnej rozmowy?

Co się stało?

Kto to…?

Co  O N A  tu robi!?

Szanowna Tsunade, proszę o wzięcie ode mnie tej strzykawki. Wewnętrzna intuicja mówi mi, że znajduję się na terenie Amegakure, chodź muszę przyznać, że chyba nie powinnam tu być, ale to oznacza, że prawo międzynarodowe uniemożliwia ci ingerencję w moją nietykalność osobistą…

Tak, mam dużo papierkowej roboty.

A ty nie?

Jako Hokage?

Liść jest w sumie większy. …Chyba.

W ogóle słyszałeś? Nie można na mnie teraz krzyczeć.

I tak nie będę pamiętać?

Ja pamiętam wszystko dokładnie. Tylko do tego nie przyznaje!

Całe pierdolone życie się do tego nie przyznaję.

Właściwie to do czego?

No i Tsunade-sama, dlaczego ja w ogóle z tobą rozmawiam?

Że jak to spotkałyśmy się w kasynie?

Chociaż w sumie to możliwe. Jirayia-sensei kiedyś mi o tobie dużo opowiadał… Hej… Ale czy Amegakure nie jest w stanie wojny z Konohą?

Nie?

Ano w sumie to nie. Już nie. No ale czekamy na kolejną, nie? Do trzech razy sztuka!

No ale przecież Akatsuki…

Jak mam się tym nie przejmować?

Moment.

Wy do mnie mówicie, żeby wbić mi tą cholerną strzykawkę.

Nagato, mówiłam żebyś wyszedł.

ŚWIECI SIĘ.

Znowu zapaliliście JA-RZE-NIÓW-KĘ!

W jakim szoku?

Nie?

Że to narkoza?

Po co mi była narkoza?

Zgaście tą ja-rze-niów-kę!

Proszę….

Ja już o nic w tym swoim życiu nie proszę tylko o zgaszenie ja-rze-niów-ki…

Może i jestem niemożliwa, ale właściwie co w tym wszystkim jest możliwe?

Wbiliście mi to!

I ja-rze-niów-ka nadal się świeci.

Nienawidzę was obojga.

Cholera, znowu robi się ciemno.

Ale w sumie tak chciałam.

Może lepiej…?

Przynajmniej jak zamknę powieki to nie widze ja-rze-niów-ki.

***

Otworzyłam oczy. Pierwsze co zobaczyłam to białe ściany i rtęciowa lampa nad moją głową. Patrzenie w tamtym kierunku okazało się wręcz bolesne.

Z jakiegoś powodu, podświadomość wyrzuca mi słowo “JA-RZE-NIÓW-KA”. Akcent na każdą sylabę. Nie wiem o co chodzi…

To nie mój pokój. Zdecydowanie.

Podniosłam głowę na nieznaczną wysokość. Okazała się cięższa niż myślałam…

W ręce kroplówka.

Spojrzałam na siebie. Miałam na sobie swoją ulubioną piżamę.

Z krótkim rękawem.

Z hello kitty.

Różową.

JAK?!

Moment.

Co ja tu w ogóle robię..?

No i w tym momencie wchodzi O N A . C a ł a   n a   b i a ł o .

Natychmiast poderwałam się ze szpitalnego łóżka, chwytając pierwsze co wpadło mi w ręce. Była to szklana butelka wody, leżąca na szafce obok o którą natychmiast została rozbita. I tak oto stanęłam w rogu małego pokoju, z walącym sercem, zawrotami głowy i szklanym tulipanem w ręku. Stelaż na którym wisiała wcześniej wspomniana kroplówka huknął o podłogę, a ja poczułam jak z ręki w której jeszcze przed momentem miałam wbity wenflon na boki tryska krew, na podłodze mieszając się w wcześniej rozlaną przeze mnie wodą.

Godaime patrzyła na mnie z dezaprobatą.

Ku mojemu zaskoczeniu nie próbowała złamać mi karku, zmiażdżyć krtani, uderzyć ciężkim narzędziem, zadać ran ciętych lub szarpanych, a jedynie stała w drzwiach i patrzyła na mnie z cholerną dezaprobatą.

Nie próbowała też przebić mi klatki piersiowej na wylot…

Zamrugałam kilkukrotnie oczyma.

Madara, Jirayia, burza, Nagato, żyję… cholera, a chyba nie powinnam… PAMIĘTAM!

Odruchowo, wolną ręką dotknęłam się w miejsce, w którym jeszcze do niedawna znajdowała się krwawa dziura.

Nie było po niej śladu.

Nic, kompletnie nic.

Nie rozumiałam.

- Uspokój się, Konan.

Tę frazę mogła do mnie powiedzieć tylko i wyłącznie jedna osoba, a ten fakt spowodował, że po raz kolejny serce podjechało mi do gardła.

Nagato, a właściwie ścieżka ludzi, stał oparty o futrynę w wejściu do, jak zdążyłam wywnioskować, szpitalnej izolatki.

Jego białe oczy wwiercały się w moją osobę z jakąś nienaturalną intensywnością, która zastąpiła dotychczasowe wrażenie zmęczenia.

- Wróć na łóżko. – polecił, widocznie również nie mając zamiaru pozbawiać mnie czynności życiowych, co wywołało we mnie kolejne fale rosnącej konsternacji i pomieszania.

Czerwone chmury jego płaszcza żarzyły się na tle białych ścian i białego kitla Tsunade.

Powoli odłożyłam zbitą butelkę na ziemię nie spuszczając z nich wzroku nawet na moment, po czym posłusznie usiadłam na łóżku. Krew nadal lała się mi z przedramienia, powiększając czerwono różowe jezioro, gdzieniegdzie ukraszone ostrymi odłamkami szkła, które rozszerzało swoje granice już praktycznie na całą podłogę w pomieszczeniu.

Nagato nie zmienił swojego położenia, podczas gdy Godaime ruszyła w moim kierunku. Nerwowo ścisnęłam w dłoniach prześcieradło. Tsunade, widząc to westchnęła i przymknęła na chwilę oczy. Nie rozumiałam jej reakcji (jak i wszystkiego co w tamtym momencie się działo), dopóki nie spojrzałam na swoją prawą dłoń, w której jeszcze chwilę temu dzierżyłam butelkę. Kolejny strumień krwi ściekał po stelażu łóżka i wsiąkał w pościel i materac.

Właśnie w tym momencie dotarło do mnie że boli mnie ręka.

Użyłabym innego określenia niż “boli”, ale przy tym co czułam ostatnio złamanie z przemieszczeniem może zasłużyć jedynie na przymiotnik “niekomfortowe”.

Kiedy rozluźniłam uścisk na prześcieradle zobaczyłam kawałek mięsa wystający z dłoni, wiszący na skórze.

Musiałam nawet tego nie poczuć. Chyba z nadmiaru wrażeń.

Godaime podeszła do mnie, zmierzyła wzrokiem i nadal milcząc wzięła się za leczenie zarówno mojej pokiereszowanej dłoni jak i porozrywanych żył na drugiej ręce.

Kurwa.

Co tu się dzieje?!

Patrzyłam na nią oczyma jak spodki. A za nią dopiero dojrzałam mój “służbowy” płaszcz przewieszony przez oparcie krzesła stojącego obok szafki.

Z ziejącą, okoloną potężną plamą z krwi postrzępioną dziurą na wysokości mniej więcej serca, co dodawało obecnej sytuacji jeszcze intensywniejszego kolorytu.

Nagato już na mnie nie patrzył. Nadal jednak stał oparty o futrynę, tym razem z zamkniętymi oczyma i głową skierowaną w sufit.

Może to… ?

Nie.

Kurwa.

Nawet ja nie mam tak napierdolone w głowie, żeby tak wyglądała moja iluzja podczas Planu Księżycowe Oko.

Czyli to się dzieje.

Naprawdę.

Jestem tu.

Siedzę tu.

A Piąta leczy mi rękę z takim skupieniem i zaciętym wyrazem twarzy, że jeżeli cokolwiek znalazłoby się między jej oczami, a moją raną to prawdopodobnie zostałoby to przecięte jej spojrzeniem.

Żyły całe.

Dłoń sprawna.

Parę razy poruszałam ręką. Zacisnęłam pięść. Nie boli.

Podniosłam wzrok na Tsunade. Potem znów spojrzałam na Nagato.

Nie uzyskałam odpowiedzi.

Żadnej.

Piąta przez moment stała i patrzyła na to jak ruszam tą cholerną ręką.

Potem bez słowa obróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z pomieszczenia zostawiając krwawe ślady butów na do tej pory czystym kawałku podłogi obok drzwi. Minęła Nagato, ale zamiast wyjść stąd całkiem, weszła do pomieszczenia do którego można było wejść z malutkiego korytarzyka przed drugimi drzwiami, prowadzącymi najpewniej na główny korytarz w szpitalu. Pomieszczenie później okazało się łazienką, ale w tamtym momencie nie miałam zbytnio czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo stało się coś co spowodowało, że szczęka już całkowicie opadła mi do podłogi.

Otóż Tsunade wyszła z owej łazienki trzymając w ręce mopa.

Władczym gestem wręczyła go Nagato, który zaszczycił ją w tamtym momencie spojrzeniem spod wpół przymkniętych powiek.

Wziął od niej mopa i bez słowa zaczął zmywać podłogę w pokoju.

Tsunade wyszła i trzasnęła drzwiami znad których posypał się tynk.

|11(,5)| Dokładna data jest nieistotna. Dzień rozpadu Akatsuki. Rok Koguta.

To co się tutaj stało trwało zaledwie piętnaście minut.

- Ona jest jedyną osobą, która w tym momencie jest w stanie ją wyleczyć. Nauczyłem cię wielu technik, jednak nie pamiętam byś wykazywał jakiekolwiek zdolności w medycznych jutsu. Opuść broń i się cofnij.

Patrzyłem na niego przez moment, a później rzeczywiście cofnąłem się o dwa kroki i wsunąłem ostro zakończony, stalowy pręt z powrotem do rękawa. Właściwie to każde z moich ciał się cofnęło. Godaime, którą do tej pory trzymałem za gardło opadła na kolana i zaczęła się krztusić.

- O czym ty w ogóle mówisz stary głupcze!? Zaatakuj go! – wrzasnęła rozjuszona Hokage, która zdążyła się już pozbierać z ziemi.

Patrzyłem przez moment na tę scenę z pozycji milczącego widza nie podejmując żadnego działania.

- Wylecz ją. – powiedział mój dawny mistrz, tonem niecierpiącym sprzeciwu, o który nigdy bym go nie posądzał. Tym bardziej w stosunku do tej kobiety.

- Jiraiya..! – krzyknęła lecz on nie dał jej dokończyć zdania.

- Wylecz ją. – powtórzył w dokładnie taki sam sposób jak poprzednio.

Tsunade nadal stała i patrzyła na niego ze zszokowanym wyrazem twarzy.

- Czy jest coś trudnego do zrozumienia w zdaniu „Wylecz ją”? – spytał.

Zmarszczyłem brwi. Sytuacja była kuriozalna. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta rzeczywiście ruszyła w kierunku ciała Konan, pochyliła się nad nią, wciąż patrząc na Jiraiyę z niedowierzaniem, najpewniej upewniając się co do tego co usłyszała. Kiedy wokół jej dłoni pojawiła się zielona aura, mistrz obrócił się w moim kierunku.

- Następnym razem licz ropuchy. Wymazałeś pamięć mi, Gamabuncie, Fukasaku i Shimie, ale była jeszcze jedna, którą wysłałem do Konohy. Właściwie to nie spodziewałem się po tobie tak podstawowych błędów… Znam przebieg całej naszej wcześniejszej rozmowy, Nagato.

Zignorowałem jego słowa. Nie miał zamiaru atakować. Stał z ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma odwzajemniając moje spojrzenie. Tsunade nagle podniosła głowę i zwróciła się do niego, zdając się nie zauważać mojej obecności.

- W tych warunkach i przy tak rozległych obrażeniach mogę jedynie zatamować krwawienie i utrzymywać ją przy życiu, ale dalszej pomocy mogę udzielić jej jedynie w szpitalu.

Jiraiya jej nie odpowiedział.

- Macie w Amegakure jakiś szpital, prawda? – zapytał patrząc mi prosto w oczy. Właściwie w oczy Tendo.

Kiwnąłem mu głową, podczas gdy Godaime najwidoczniej będąc w szoku patrzyła raz na niego, a raz na mnie, skacząc wzrokiem między wszystkimi z ciał, w przeciwieństwie do Jiraiyi, który od początku jak się tutaj pojawiłem patrzył tylko na główną ścieżkę.

- W takim wypadku ruszajmy, chyba że zmieniłeś się na tyle, że nawet jej życie jest ci obojętne. – skwitował z ironią.

Milcząc podniosłem rękę w kierunku Konan i Tsunade. Obydwie poderwały się z ziemi i zawisły w powietrzu. Godaime widząc mój ruch momentalnie przerwała technikę i była gotowa do ataku bądź ewentualnej obrony, jednak mistrz powstrzymał ją gestem dłoni i wróciła do leczenia Konan.

Zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku Wioski z dość dużą prędkością.

|11| Nigdy nie wiesz kogo masz za plecami

Ciemność. Mam przed oczyma ciemność.

Czarne chmury i oślepiające światło błyskawic.

Niewiele myśląc zeskoczyłam z dachu. Rozłożyłam skrzydła. Wiatr natychmiast porwał mnie i cisnął o najbliższą ścianę.

Usłyszałam zgrzyt giętego metalu.

W ostatnim momencie odepchnęłam się od budynku i złożyłam skrzydła pikując pionowo w dół.

Nie mogę lecieć. Wiatr by mnie dosłownie rozszarpał.

Strugi wody smagały mnie po twarzy praktycznie zalewając mi oczy.

To już nie był deszcz.

To był cyklon.

Gdzież pode mną przemknął szyld sklepowy.

Deski.

Dykty.

Gazety.

Szmaty.

Uderzały o ściany, obok hektolitrów wody, układając się w dźwięki specjalnie dla mnie skomponowanego marszu pogrzebowego. A ziemia zbliżała się coraz bardziej.

Moje skrzydła rozpadły się na pojedyncze kartki natychmiast porwane gdzieś. Gdziekolwiek. Nie miało to już żadnego znaczenia gdzie.

Nie wrócę tu nigdy.

Może jednak spaść..?

Będąc paręnaście metrów od gruntu kolejny raz odbiłam się od stalowych rur, zmieniając kierunek ruchu z pionowego na praktycznie poziomy.

Stopami dotknęłam ziemi. Woda sięgająca kostek rozprysła się pod uderzeniem. Zgięłam kolana, rozproszyłam część energii kinetycznej za pomocą czakry i natychmiast zaczęłam biec walcząc z wiatrem i wodą.

Zaszczute zwierze. Tym jestem w tym momencie.

Rwałam obcasami bruk.

Na ulicach nie było nikogo.

Logiczne. Ludzie boją się gniewu niebios.

Grzmoty błyskawic zagłuszały moje myśli.

Instynkt przejął nade mną całkowitą kontrolę.

Mijałam kolejne ulice. Kolejne domy. Kolejne sklepy i lokale.

Obleczone stalą ściany, wyglądające jakby za moment miały zawalić się i pogrzebać mnie żywcem.

Czułam krew pulsującą w żyłach.

Robiłam kolejne uniki uchylając się przed wszelkim latającym śmieciem, większym bądź mniejszym.

Dogoni mnie.

Prędzej czy później.

Może się poddać..?

Prymitywna chęć zachowania oddechu kazała mi jednak biec na złamanie karku.

Przed siebie. Byle dalej.

Bruk.

Deszcz.

Grzmot.

Szczęk i zgrzyt.

Do tego mój puls. Gdzieś w tle, pulsujący w skroniach.

Walące się w mojej głowie budynki zaczęły się rozstępować.

Zachodnie wyjście z Wioski przede mną.

Miałby jakiekolwiek opory?

Dał mi uciec.

Minęłam bramę. Ostatni raz. Coś zakuło mnie pod żebrami, obok mostka, lekko z lewej.

Było to porównywalne do odłamków szkła wpijających się od wewnętrznej strony kości.

Jednak biegłam dalej, a woda i wiatr nadal szargały mną na wszystkie strony. Krople… nie, strumienie deszczu raniły mi każdy odsłonięty kawałek ciała.

Fale, woda, las.

Wokół mnie pojawiły się gnące się ku ziemi drzewa. Słyszałam trzask łamiących się gałęzi i huk napierajacych na siebie mas powietrza.

Po co uciekam? Przecież doskonale wiem, że nie zdołam uciec w tych warunkach.

Jestem bezduszna. Mogłam mu tego oszczędzić i załatwić to sama. Dlaczego tego nie zrobiłam? Brakło mi odwagi?

Tuż przede mną runęło kilkunastometrowe drzewo. W ostatniej chwili odskoczyłam, czując że gdy tylko moje stopy odrywają się od podłoża, to znów wiatr robi ze mną co chce. Złapałam się jednego z nienaturalnie odkształconych pni i z całej siły odepchnęłam się ku ziemi. Śliskie błoto na którym wylądowałam ledwie dało mi ustać.

Ale biegłam dalej.

Powtarzam pytanie: po co?

Nagle usłyszałam świst. Długie, stalowe ostrze odcięło mi końcówki przemokniętych do cna włosów, gdy uchyliłam się w tył.

Katana?

“To nie Nagato” przeleciało mi przez myśl.

- Naprawdę myślałaś, że pozwolę ci odejść? – usłyszałam znajomy głos tuż nad uchem.

Głos napawający mnie szczerym wstrętem.

Madara.

Zwiększyłam dystans chcąc zyskać na czasie.

- Myślałam, że nie będziesz się wtrącał. – powiedziałam najbardziej spokojnym tonem na jaki było mnie stać w tym momencie, jednocześnie prostując plecy i patrząc na niego z nienawiścią przez spadające z nieba oceany wody. Pomarańczowa maską wściekle jarzyła się na tle zszarzałego, smaganego wiatrem lasu.

- I pozwolić odejść komuś, kto posiada tyle informacji? Musiałbym być głupcem. – odparł przebijąc się jakimś cudem przez huk ulewy.

- Myślałam, że nie lubisz brudzić sobie rąk.

Zaśmiał się podnosząc ostrze miecza w moim kierunku.

- Racja. Jednak wiedziałem, że Nagato nie będzie w stanie cię zabić. Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś ostatnia rzeczą która stoi mu na drodze do jego marzenia? – ciągnął, podczas kiedy ja robiłam wszystko by nie dać wytrącić się z równowagi pod wpływem, jednocześnie odczuwanych, narastającej wściekłości i rozpaczy spowodowanych tym co właśnie powiedział. – A właściwie nie jego. Jak nazywał się wasz przyjaciel? Yahiko…? – przekrzykiwał burzę, a mnie, na to co powiedział, krew jeszcze bardziej zagotowała się w żyłach.

- Nie mieszaj do tego Yahiko. Wystawiając jego imię bezcześcisz je! Skąd w ogóle wiedziałeś, że chcę opuścić wioskę?! – odpowiedziałem, szykując się do ataku.

- Obserwowałem was od dłuższego czasu. Nawet nie masz pojęcia jak zabawne było obserwowanie waszych prób ocalenia życia byłego mistrza… Udało się wam. Tylko jakie ma to znaczenie w obliczu ostatecznego celu? Jiraiya mógł żyć wiecznie w prawdziwie realnym świecie. Waszym wymarzonym świecie. Odrzuciłaś to? Twój wybór. …Ale wiesz, w sumie to ostatnie czego się po tobie spodziewałem to zdrada. A jednak… Jak się z tym czujesz? Po tylu latach zostawiłaś swojego jedynego przyjaciela. Jak możesz? – pytał, opierając się na ostrzu miecza, który wbił w ziemię przed sobą, wyraźnie mnie lekceważąc – Widziałem każdy wasz ruch. Kiedy poszłaś do wieży głównej oczywiste stało się dla mnie to, co chcesz zrobić. Szkoda tylko, że Nagato nie potrafił załatwić tego należycie. No, ale jeszcze nic straconego. Jest piętnaście minut drogi stąd. W sam raz by pozbierać to co z ciebie zostanie. Może jak wyprawi ci ładny pogrzeb, to dotrze do niego, że to do czego przywiązywał się w tym świecie to jedynie fałszywe rojenia.  - ironizował nadal, podczas gdy w najbliższe drzewo uderzył piorun.

Światłość i huk.

A jego słowa były dla mnie jak kolejne policzki.

Z d r a j c a. To słowo właśnie migało mi przed oczyma.

- A mogłaś mieć wszystko. Rodzinę, dom, tę twoją upragnioną stabilizację… No ale cóż. Dziś zostaniesz kolejną ofiarą idei. Jednak uważasz, że cel nie uświęca środków? Czym jest twoje cierpienie przy cierpieniu wszystkich tych ludzi, których chcieliście uratować od wojen? Już zapomniałaś? Nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia?  - kontynuował.

Dosłownie każdy najsłabszy punkt.

Wbiłam wzrok w ziemię.

Przerażało mnie to jak bardzo zgadzam się z tym co właśnie usłyszałam.

- No, ale skoro już tu jestem, to nie mam zamiaru walczyć z kimś kto nawet nie próbuje się bronić… Dobrze wiesz, że cię prowokuję, prawda?

Oczywiście, że wiem.

I nie.

Może gdyby przede mną stał Nagato to nie próbowałabym się bronić.

Ale Uchisze nie dam tej satysfakcji. Nie dziś. Choćby próba zabicia go miała być ostatnią rzeczą jaką zrobię w życiu.

- Może w tych ostatnich chwilach życia pocieszy coś fakt, że podzielisz los całej reszty starego Akatsuki?

Natychmiast podniosłam głowę.

- O co ci chodzi? – odkrzyknęłam. Wichura wymagała się z każdą chwilą.

- Wszystkich ich zabiłem własnoręcznie. Tylko wasz stary przywódca. Co do niego… jedynie dostarczyłem odpowiednich informacji, przez odpowiednich łączników czcigodnemu Hanzo.

Zacisnęłam pięści.

- Łżesz! To Konoha…! – wrzasnęłam, natychmiast tego żałując, kiedy usłyszałam jego szyderczy śmiech.

Tak. Dałam się wyprowadzić z równowagi.

- Po co miałbym okłamywać kogoś, kto za parę minut spotka się z bóstwami, o ile takie istnieją? Co do Konohy to dokładnie tak mieliście myśleć. Przecież jakoś musiałem wprowadzić Nagato w odpowiedni tok myślenia, prawda?

Ciepłe łzy zmieszały się z lodowatym deszczem na moich policzkach. Przymknęłam powieki, czując jak w środku wypełnia mnie wszechogarniające poczucie wściekłości i bezsilności.

Całe moje życie było kłamstwem, niezależnie od tego czy Uchiha teraz mówił prawdę czy nie.

Może to wszystko już od początku nie miało sensu. Może zgubiłam się w ideałach. Może w życiu popełniałam jedynie coraz to nowe błędy. Może nie wsparłam Nagato wtedy kiedy tego potrzebował. Może nadal nie potrafię pogodzić się z tym co stało się z Yahiko i nadal się o to obwiniam. Może ta sytuacja to jedynie suma moich błędów i sama sobie na to zasłużyłam?

Może.

Ale nawet jeżeli moje życie do tej pory było jednym wielkim nieporozumieniem, to dziś rozegram ostatni jego akt tak bym mogła odejść w spokoju.

Zabiorę tego sukinsyna ze sobą.

- Ty jesteś jedynie ciemnością. Światem, w którym schną i giną wszystkie kwiaty. – powiedziałam już całkiem spokojnie na tyle cicho, że nie byłam pewna czy Madara w ogóle usłyszał moje słowa w otaczającym nas huku.

Złożyłam ręce w kolejne pieczęcie. Papierowe ostrza przebiły się przez wicher i przeszły przez Uchihę na wylot.

Jutsu czasoprzestrzenne. Słyszałam o tym.

Kolejne pieczęcie. Tony papieru przecinały powietrze, wodę i wszystko co zastały na swojej drodze łącznie z co najmniej hektarem lasu znajdującego się za Uchichą. Huk i tak smaganych przez wiatr drzew, teraz zamienionych w wiór, był ogłuszający. Jednak każda z kartek przelatywała przez mojego przeciwnika nie robiąc mu krzywdy.

Naglę poczułam drgnienie. Technika została naruszona. Nie widziałam co dzieje się przede mną, jednak czułam, że kolejne z moich ostrzy zaczynają być odbijane.

Czyli jest tak jak myślałam!

Technika ma swoje ograniczenia czasowe podobnie jak “boskie pchnięcie” Nagato.

Jeżeli wykona technikę czasoprzestrzenną jeszcze raz nie będę w stanie zrobić tego co zaplanowałam.

Dziesięć minut.

Teraz.

Teraz albo nigdy.

Złożyłam ręce w kolejne znaki.

- Kami no Shisha no Jutsu! –  wrzasnęłam, wiedząc, że w tym momencie właśnie popełniam samobójstwo.

Podzieliłam się na kartki, oblepiając ciało Uchihy.

Rozdzierający ból przeszywał mnie za każdym razem kiedy dosięgnął mieczem kartek, które były moimi elementami składowymi.

To już nie ma znaczenia.

Dziesięć minut.

Pozostało jedynie utrzymać technikę. Jeszcze przez moment.

Ziemia pod nami rozstąpiła się. Morze kartek wirujących w wietrznym szale. Opadałam w otchłań, rozłożona na części pierwsze w uścisku z człowiekiem który zniszczył całe moje życie.

Całe życie, które było jedynie błędem. Nieudaną, bezwartościową opowieścią, którą autorka będąca jednocześnie główną bohaterką, jedynie wie jak zakończyć.

Moje życie było puste. Bez treści.

Kolejne wybuchy rzucały nami podczas kiedy spadaliśmy w niezmierzoną papierową rozpadlinę. Wybuchowe notki zaczęły reakcję łańcuchową.

To koniec. Reszta notek eksploduje tak czy inaczej.

Poczułam się lekko.

Gdzieś z lewej nadeszło gwałtowne szarpnięcie. Fala uderzeniowa i gorąco. Krew.

Krew Madary.

Uśmiechnęłam się w duchu.

To koniec.

Zmysły odmawiały mi posłuszeństwa.

Obraz przed oczyma zamazywał się.

Nie było już Uchihy. Nie było wściekłości i poczucia rozbicia.

Może Nagato sam znajdzie drogę do tego by być mostem do pokoju?

Ja zrobiłam wszystko co mogłam. Usunęłam z jego drogi Madarę. Tego, który zmanipulował go by zboczył z naszej pierwotnej ścieżki.

Ścieżki, którą wyznaczył nam Jiraiya-sensei.

Najprawdopodobniej straciłam przytomność z wycieńczenia, jednak nagle coś wyrwało mnie z ciepłej, przyjemnej ciemności.

Poczułam, że ciało praktycznie pozbawione czakry znów powróciło do swej jednolitej, niepodzielonej na karki formy. Ból rozrywał mi głowę i klatkę piersiową. Klęczałam na ziemi starając się opierać wichrowi i wodzie.

Gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc, niemal natychmiast się nim krztusząc. Huragan szalał nadal.  Po moich kartkach, jak i po rozpadlinie nie było żadnego śladu.

Jak i po Madarze.

W głowie pojawiła się tylko jedna myśl, która dosłownie zmroziła mi krew w żyłach.

Ja nie miałam prawa przeżyć tej techniki. Coś jest nie tak.

Natychmiast podniosłam się na równe nogi, ale wiatr znów rzucił mnie na ziemię, a świat przede mną zawirował. Podpierając się na jednej dłoni podniosłam wzrok w kierunku Ame i znów spróbowałam wstać.

Oparłam ręce o kolana. Tym razem ustałam, jednak zawroty głowy były niemiłosierne.

A może jednak wystarczyło mi czakry na to by przeżyć technikę sześciu milionów kartek papieru..?

Udało się?

- To koniec. Co zrobi ze mną Nagato nie ma już w ogóle znaczenia. Madara… – wyszeptałam sama do siebie, zachrypniętym głosem, jednak nie kończąc ostatniego zdania.

- …jest martwy? – usłyszałam tuż za sobą.

Przez ciało przeszedł mi dreszcz i szerzej otworzyłam oczy ze zdziwienia, jednocześnie czując jak metalowe ostrze gładko wchodzi w moją klatkę piersiową i wychodzi na wylot. Zobaczyłam skrwawiony pręt wystający mi z ciała i w tym momencie znów zrobiło mi się biało przed oczami.

Tylko, że tym razem z bólu.

Próbowałam łapać powietrze. Miałam wrażenie się się topię.

Krew wypełniała płuca.

Nawaliłam.

Nawet ten ostatni raz.

- Jak..? – wydusiłam, nadal próbując utrzymać się na nogach.

- Izanagi. Za cenę jednego ze swoich oczu osoba wykonująca technikę może połączyć iluzję i rzeczywistość. To zakazana technika klanu Uchiha. Tylko ci, którzy posiadają potęgę klanów Uchiha i Senju mogą go używać.

W tym momencie wyrwał pręt.

Światła zatańczyły mi w polu widzenia. Wiatr niemal natychmiast rzucił mnie na ziemię, ale znów się podniosłam, spluwając krwią pod nogi.

Spojrzałam na Uchihę.

Nie miał ręki.

- Wierzę, że bez ciebie Nagato wróci na właściwą drogę!. Ty… – wykrzyczałam, czując jak moją klatkę piersiową wypełnia płynne żelazo, poczynając od rany, z której chodź odrobinę starałam się zatamować krwawienie przy pomocy resztek czakry.

Wierzę!

Wierzę.

Wierzę..

Wierzę..?

- Naprawdę myślisz, że ludzie będą w stanie się zrozumieć? Że ta iluzja, którą ty nazywasz rzeczywistością jest warta jakiejkolwiek uwagi!? Potrafisz zaakceptować taki świat, podczas gdy masz na wyciągnięcie ręki miejsce, w którym nie ma wojen, cierpienia i tęsknoty?  Plan Księżycowe Oko jest jedynym rozwiązaniem. …I ty dobrze o tym wiesz.

- To jedynie iluzja. Wolę najgorszą rzeczywistość, gdzie wiem, że postąpiłam właściwie, od najpiękniejszego fałszu! – odkrzyknęłam sama nie wierząc w to co właśnie powiedziałam.

Zacisnęłam powieki z wściekłości.

Wolę?

Naprawdę..?

Wiem tylko tyle, że się nie poddam się.

Nie teraz.

To jedyna rzecz, która nie jest błędem. Będę walczyć z nim do końca.

To jedyna rzecz, której nie będę żałować w ciągu ostatnich dwudziestu lat mojego życia.

Znów splunęłam krwią na ziemię.

- Widzisz. W takim wypadku mamy poważną różnicę zdań. – rzucił.

Znów złożyłam dłonie w pieczęci.

Papierowe ostrza znów poleciały w jego stronę.

Ból, który czułam, był już praktycznie nie do zniesienia.

Odbił każde z moich ostrzy.

Jednym skokiem pokonał dzielącą nas odległość i bez większego problemu złapał mnie za gardło, podnosząc w górę.

Zaczęłam się dławić, już nie tylko krwią, ale i z braku powietrza.

Patrzyłam w jego świecące czerwienią oko.

Szarpałam się, jednak już po chwili nie miałam na to sił.

Koniec historii o Konan z Amegakure.

Przymknęłam powieki.

Nie dałam rady.

Przepra…

Nagle znów otworzyłam szeroko oczy. Uścisk na mojej szyi momentalnie zelżał.

Charakterystyczna biała burza włosów i pionowe, czerwone kreski pod oczami.

Jirayia..!

Na moment złapałam z nim kontakt wzrokowy, podczas gdy moje ciało spadało na ziemię, gdy Madara mnie puścił by obronić się przed atakiem Sannina.

Uderzyłam twarzą o mokrą ziemię i natychmiast straciłam przytomność.

_________________________________________

Bardzo przepraszam, że to tyle trwało. Jednak notka wreszcie jest.

Usprawiedliwiam się tym, że ostatnio nawet włączyć komputera nie miałam czasu, a pisanie na telefonie bardzo mnie męczy.

Pozdrawiam wszystkich, którzy to czytają i obiecuję, że postaram się aby następna notka była dużo szybciej :)

|10| Kto obserwuje, a kto jest obserwowany..?

Przestawiłam kubek, by jego ucho zrównało się z linią stołu. Równo. Jak wszystko inne w tym pomieszczeniu. Zaciągnęłam się, po czym strzepałam popiół z papierosa do popielniczki stojącej przede mną i spojrzałam na moją ulubioną kiczowatą martwą naturę wiszącą na ścianie.

Polne kwiaty stojące w glinianym wazonie. Szczyt bezguścia, który tak uwielbiałam.

Obraz zostaje. Nie wezmę go ze sobą.

Jeszcze raz omiotłam wzrokiem swoją klitkę bez okien. Papierowy żyrandol zwisający z sufitu oświetlał górę dokumentów leżących tuż obok symetrycznie ułożonego kubka. Wszystkie wypełnione, podbite.

Zgasiłam papierosa, wstałam, wzięłam płaszcz z oparcia krzesła i włożyłam go. Może nie powinnam..?

Byłam jakaś dziwnie spokojna, jakby całkowicie odsunięta od tego jaką decyzję podjęłam. Co jednak nie zmienia faktu, że czułam jak łzy spływają mi po twarzy. Machinalnie wróciłam do łazienki i przemyłam twarz wodą, by nie było nic widać. Spojrzałam w lustro. Jak zwykle podkrążone, lekko zaczerwienione oczy. Włosy już w kolorze zbliżonym do naturalnego.

Minął tydzień, a ja potrafiłam myć głowę trzy razy dziennie tylko po to by zapomnieć po co farbowałam się na czarno.

Teraz jednak patrzyłam w lustro jak na obcą osobę. Czy ja to ja? Kim w ogóle jestem? Czym?

Te parę dni temu przyjęłam imię Michi, co oznacza nie więcej jak „droga”.

Tym jestem? Tłem? Drogą? Cieniem?

Wyszłam z łazienki i stanęłam przy drzwiach na korytarz. Jeszcze raz spojrzałam na ascetycznie umeblowane, ciemne pomieszczenie, które mimo wszystko wywoływało we mnie jakieś poczucie swojskości.

Nacisnęłam klamkę i wyszłam, cicho zamykając za sobą. Powili przeszłam do kuchni. Była pusta. Wzięłam z szafki szklankę, nalałam do niej wody z kranu, wypiłam duszkiem. Oparłam się o blat i zamknęłam na moment oczy ciężko wciągając powietrze. Czułam jak serce szaleje mi w piersiach, jednak nadal miałam poczucie oderwania od swojego ciała.

Tak, teraz należy wyjść.

Dokładnie umyłam po sobie szklankę i odłożyłam ją na suszarkę. Trywialność czynności odkładania szklanki była dla mnie niezwykle zajmująca.

Szkło brzdęknęło o malowane białą emalią stalowe druty, a moje obcasy po raz ostatni tłukły się o podłogę w tym pomieszczeniu, kiedy zmierzałam w stronę wyjścia.

Idąc przez korytarz minęłam drzwi do pokoju Nagato, przy których chyba podświadomie przyspieszyłam kroku.

Nie chciałam teraz spotkać nikogo. Nie chciałam z nimi rozmawiać. Zminimalizowałam szansę nieplanowanego wpadnięcia na któregokolwiek z nich wstając dziś wcześnie rano. W tym momencie mogło być pięć po piątej, nie dalej.

Piękna godzina na spacer po Amegakure.

Kiedy doszłam do końca korytarza, wykonałam kolejne pieczęcie by odsunąć głaz zastawiający wyjście. Do środka wpadło światło i szum deszczu padającego na zewnątrz.

Wyszłam, tym razem nie oglądając się za siebie.

Momentalnie woda wlała mi się do butów, a zimne strugi deszczu zaczęły spływać po plecach. Zwróciłam swoje kroki w kierunku centrum.

Spadające krople, porywisty wiatr i liście nimi smagane. Gdzieś na drugim planie był mój nerwowy oddech i krew krążąca mi w żyłach z nadnaturalną prędkością.

Może powinnam zostać..?

Brodziłam w kałużach cały czas przesuwając się naprzód. Nadal miałam poczucie oderwania.

Po co to robię? Co mi to da? Dlaczego się na to zdecydowałam?

Po parunastu minutach marszu weszłam na brukowaną drogę prowadzącą do Ame. Mimo rannej godziny było praktycznie ciemno. Gęste chmury zasłaniały cały nieboskłon.

A gdzieś za chmurami było słońce.

Było?

Nie było?

Nie wiem.

Wiem jedynie, że nogi niosły mnie dalej, w przemoczonym do cna ubraniu, deszczu zalewającym oczy i między szarymi budynkami mojej Wioski. W miarę jak wchodziłam w nią głębiej to zabudowa stawała się coraz bardziej zbita. Zwisające mi nad głową plątaniny kabli i jaskrawe neony, do tej pory przeze mnie niezauważane, bo codzienne, dziś wyglądały jakbym widziała je pierwszy raz w życiu. Z fascynacją, zadzierając głowę w górę i ignorując deszcz zacinający mi po twarzy, wpatrywałam się w chaotyczne pajęczynowate struktury oświetlane kolorowym światłem. Miałam jakiś sentyment do biedniejszej połowy Ame, w której się w tym momencie znajdowałam.  Skondensowane do granic możliwości dzielnice, wąskie uliczki i wiszące kable między stalowymi rurami. Czasem jeszcze drewniana zabudowa. A wszystko okraszone krzykliwymi bilbordami z napisami typu: „bar”, „pralnia” czy też „sklep wielobranżowy”.

Właśnie w tych budynkach znajdowaliśmy schronienie, podczas wojny domowej.

Szłam dalej mijając dwóch mężczyzn noszących pudła do jednego ze sklepików, którzy kiedy tylko mnie zobaczyli, natychmiast odłożyli pakunki na mokrą ulicę i zgięli przede mną plecy pod kontem dziewięćdziesięciu stopni, wbijając wzrok w ziemię.

W tamtym momencie spojrzałam na nich jak na całkowicie niezrozumiałe dla mnie zjawisko.

Po co właściwie mi się kłaniać?

Po drugiej stronie ulicy był bar, w którym ostatnio byłam z Uchihą.

Więc kim jestem? Szanowną Panią Anioł, której należy się kłaniać, czy też kompletnie złamaną, samotną kobietą, na którą należy gwizdać, kiedy przesadzi z alkoholem?

Wszystko jest względne.

Kto obserwuje, a kto jest obserwowany?

Czas mijał, a na ulicach zaczęło się pojawiać coraz więcej osób, chodź nadal nie było ich wiele. Głównie byli to starsi ludzie z wielkimi płóciennymi torbami, zmierzający na targ. Niektórych kojarzyłam z widzenia, bo mijałam ich codziennie o tej samej godzinie, codziennie z tą samą torbą, kiedy jak co dzień szłam do siedziby Rady, by zająć się swoimi obowiązkami. Inni byli dla mnie całkowicie obcy. Jednak każdy bez wyjątku idąc w ślady za pierwszymi mężczyznami giął przed moim obliczem swój kręgosłup w pół.

Po raz kolejny pytam: po co?

Minęłam i ich domyślając się, że kiedy odeszłam na wystarczającą odległość by tego nie słyszeć, mówili do siebie ściszonymi głosami o mnie, o płaszczu i o Wiosce.

Nie ma ani mnie, ani płaszcza, ani Wioski. Jest tylko postrzeganie.

To w takim wypadku dlaczego serce próbuje wyskoczyć mi z piersi, mam problemy z oddychaniem, a własnych kroków praktycznie nie czuję?

Szłam dalej. Mimo wszystko i w deszcz.

Ulice znów zaczęły robić się szersze, a ludzi mniej. Zabudowa jakaś taka bardziej lekka, a kable nadal wisiały, jednak już nie w takim chaosie.

Wychodząc zza zakrętu zobaczyłam strzelistą wieżę, stojącą w samym środku miasta. Nie górowała ona nad innymi budynkami jakoś znacznie, jako i że wszystkie były dość wysokie, ale i tak to jej wierzchołek był najbliżej ciemnych chmur nade mną.

Wyjęłam klucze z kieszeni płaszcza i zbliżyłam się do jej masywnych, drewnianych, dwuskrzydłowych drzwi. Włożyłam klucz w zamek i przekręciłam go czując że krew odpływa mi z twarzy.

Jeszcze przecież mogę się cofnąć.

Przez moment zastygłam w miejscu, zatrzymując swoją rękę w pół drogi do pchnięcia drewnianego skrzydła, jednak ostatecznie skończyłam ruch, a drzwi ustąpiły pod siłą naporu.

Znalazłam się na ciemnej klatce schodowej gdzie huk deszczu był praktycznie niewyobrażalny zważając na fakt, że praktycznie cały budynek był opleciony plątaniną stalowych rur.

Zrobiłam pierwszy krok, a jego odgłos wybił się ponad deszcz i wiatr hulający na zewnątrz.

Oczywistym jest, że on doskonale wie, że tutaj jestem.

Zaczęło mi się kręcić w głowie. Nie wiem czy z powodu nerwów, czy dlatego, że od paru dni nie mogłam dosłownie nic przełknąć i „żywiłam się” papierosami, kawą i wodą z kranu. Złapałam się poręczy i powoli stawiałam kolejne kroki na skrzypiących, starych schodach oświetlonych jedynie małymi żarówkami prowizorycznie przytwierdzonymi do ściany.

Poczułam jak robi mi się sucho w ustach, a w gardle rośnie gula, która utrudnia oddychanie.

Pokonywałam jednak kolejne piętra.

Pierwsze, drugie, trzecie, …. , czterdzieste dziewiąte i pięćdziesiąte.

Stanęłam przed kolejnymi drewnianymi drzwiami.

Cofnąć się.

Uciec.

Udawać, że mnie tu nie było.

Pchnęłam drzwi. Ciężkie i masywne.

Dłonie miałam mokre od potu.

Przestąpiłam próg pomieszczenia zdając sobie sprawę, że moja zwykle blada twarz przybrała w tym momencie kolor kredy.

Z zamkniętymi oczyma, ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi, a odgłosy deszczu dochodzące z korytarza praktycznie całkowicie ucichły.

Podniosłam powieki. Nagato tkwił w tym samym miejscu co zawsze i patrzył na mnie swoim znużonym wzrokiem, milcząc.

A mogłam się zabić.

Byłoby to lepsze rozwiązanie.

- Dlaczego tutaj przyszłaś? – spytał w końcu, tonem niezabarwionym żadną emocją.

No właśnie, dlaczego?

Serce obijało mi się o wewnętrzną stronę żeber, a powietrza mogłam nabrać jedynie do połowy objętości płuc.

Nie wiem dlaczego.

N i e  w i e m !

Milczałam, a on cały czas na mnie patrzył.

Oczy znów zaszły mi łzami, a oprócz tego całe moje ciało zaczęło się trząść.

- Nagato, ja już po prostu nie mam siły. – wyszeptałam w końcu przez ściśnięte gardło, czekając na jego reakcję.

Cała sytuacja wydawała mi się całkowicie nierealna.

Patrzył. W milczeniu. Mimo swojego praktycznie całkowicie wyniszczonego ciała i zmęczonego spojrzenia było w nim coś co kazało mojemu ciału przyspieszyć tętno i patrzeć w podłogę.

- Chcesz odejść?

Usłyszałam. Jego głos nadal się nie zmienił. Był nieporuszony.

 

Chcę?

Czy ja naprawdę chcę odejść?

Co wtedy ze mnie pozostanie?

To ja byłam zależna od emocji, a nie on. To ja byłam słaba w swojej niedoskonałości.

Cały czas się trzęsąc nieznacznie kiwnęłam głową.

Nastąpiła chwila ciszy. Chwila, która zdawała się ciągnąć w godziny, miesiące i lata.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie mogę ci na to pozwolić? – bardziej stwierdził niż spytał dokładnie tym samym głosem co poprzednio.

Doskonale.

Dziś nastąpi moje samobójstwo.

Dokonane nie moimi rękoma.

Przyjście tutaj było samobójstwem.

Ale ja nie potrafiłam inaczej.

Kiwnęłam głową.

- Masz siedemnaście minut. Tyle mi zajmie pokonanie dystansu z siedziby Akatsuki tutaj… Pospiesz się.

Musiałam dokładnie przeanalizować to co dotarło do moich uszu, a kiedy przeanalizowałam co te słowa w ogóle znaczą, niemal natychmiastowo podniosłam schyloną wcześniej głową i tym razem to ja patrzyłam na niego zszokowana.

Łzy skapywały mi z twarzy na podłogę, a serce biło jeszcze szybciej niż wcześniej o ile to w ogóle możliwe.

To koniec. Nie będę już cieniem. Odejdę.

Odejdę i nigdy więcej go nie zobaczę.

Bo jeżeli go zobaczę, to następnym razem nie da mi tych siedemnastu minut.

Na glinianych nogach przeszłam przez resztę pomieszczenia, pokonując dystans jaki nas wcześniej dzielił. Samemu nie wiedząc co właściwie chcę osiągnąć, przechyliłam się przez metalową aparaturę, która pozwalała mu pozostać przy życiu i najdelikatniej jak potrafiłam oplotłam jego wychudzone ciało ramionami, ostrożnie manewrując dłońmi między zimnymi prętami wystającymi mu z pleców i opierając policzek o jego szyję. Milczał, a ja czułam jego oddech na karku.

Przymknęłam oczy rozpływając się w pierwszej chwili od śmierci Yahiko, kiedy mnie nie odepchnął.

Odejść?

Teraz?

Po co?

- Konan, idź już.

Usłyszałam i dosłownie w tej samej chwili puściłam go i poderwałam się do szaleńczego biegu, nie patrząc za siebie.

|09(,5)| 22 kwietnia, rok Koguta

Zabrałem jej dwa papierosy, czego i tak pewnie nie zauważy. Kiedy tam wszedłem zastałem dość osobliwy obraz. Spała. Leżała na futonie ubrana jedynie w rozwiązane, czarno-złote kimono. Patrzyłem przez moment na jej unoszącą się i opadającą klatkę piersiową po czym wyszedłem, nie budząc jej i mówiąc do siebie w duchu, że nowe zarządzenia dla Rady mogą jednak poczekać do jutra.

*

Nadal cisza.

|09| Złote żurawie, absurdalne książki ze szczęśliwym zakończeniem i w sumie nic się nie dzieje …no chyba, że w mojej głowie. Tam dzieje się dużo.

„[...] Kiedy uchyliła drzwi, z jakiegoś powodu przeczuwała, że ktoś jest w pomieszczeniu, jednak nie cofnęła się. W tym momencie nie miało to już żadnego sensu. Resztka czakry nie pozwalała na zbyt szerokie pole manewru. Machinalnie sięgnęła do torby wyciągając z niej kunai. Ostrze błysnęło w mroku. Dalsza ucieczka nie wchodziła w grę. Nie będzie ofiarą. Nie dziś. Pchnęła drzwi, otwierając je lekko, po czym przestąpiła próg. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak zapamiętała. Meble w tym samym nieładzie, co te parę lat temu, nawet dywan zwinięty pod ścianą, o którego potknęła się przy tamtej ucieczce. Jedyną różnicą było to, że w tym momencie był zmurszały i zawilgnięty, a i w całym budynku zalegała warstwa kurzu zdradzająca, że okoliczne dzieciaki nie zrobiły sobie tu miejsca schadzek i alkoholowych imprez. Nie było czasu na takie rzeczy… Pierwszy krok. Stare deski zaskrzypiały pod jej stopami na moment wybijając się na pierwszy plan przed miarowy szum deszczu. Skrzywiła się i zaklęła w duchu. Jeżeli ktoś był wewnątrz, a było to całkiem możliwe, właśnie zdradziła swoją obecność, w tak idiotyczny sposób! Pocieszające jedynie było to, że najpewniej wszystkie z tych cholernych desek skrzypiały jak nieszczęście, więc potencjalny napastnik również najpewniej nie będzie w stanie poruszać się tutaj bezszelestnie. Zbliżyła się do ściany, dokładnie obserwując pokój. Powywracane sprzęty robiły upiorne wrażenie, kiedy przez powybijane już dawno okna wdzierał się blask błyskawic. Nie miała wyboru. Na zewnątrz ją znajdą, tutaj oczywiście też, jednak w zamkniętym pomieszczeniu łatwiej się bronić przed wieloma przeciwnikami, tak więc ten przepełniony melancholią i wspomnieniami przybytek był jedynym „racjonalnym” rozwiązaniem, tym bardziej, że posiadał tylne wyjście. Chyba, że je obstawili. Wtedy była trupem. Jednak w na odkrytej przestrzeni była trupem jeszcze bardziej, więc postanowiła mimo wszystko zostać w drewnianej chałupce. Mijała sekunda za sekundą. Nic. Nadal stała pod ścianą starając się oddychać jak najciszej, stojąc tuż za futryną, by mieć możliwość szybkiego ataku, jeżeli ktokolwiek wszedłby do pomieszczenia. Czas płynął, tak jak i zimny pot po jej gorących plecach, wciśniętych w ścianę. Było cicho. Słyszała jedynie bicie własnego serca i deszcz bębniący o przeciekający dach. Dali za wygraną? Nie wiedziała. Mogła jedynie czekać. I to długo. Cisza wwiercała jej się w czaszkę, w której cały czas kotłowała się jedna myśl. Oni mogą zwlekać, by wywabić ją z ukrycia. Dlatego na razie jej również pozostaje grać na zwłokę. Skupiła wzrok na ciemnym pomieszczeniu. W białych, momentalnych błyskach dostrzegła zarys przeszłości. Wywrócony stół, wspomniany już zawilgnięty i zwinięty byle jak dywan, pootwierane przez wiatr hulający po pomieszczeniu, szafki, w których stały resztki ceramicznych naczyń, chodź ich większa połowa leżała potłuczona na drewnianej podłodze przy aneksie kuchennym i na jego zakurzonym blacie. Spojrzała na ścianę. Trzy kawałki malowanego drewna. Dwa z nich były odwrócone czerwoną stroną na wierzch, co kiedyś miałoby oznaczać obecność dwóch osób. Uśmiechnęła się lekko. Wychodziło na to, że powinno być odwrotnie. Jedna deseczka czerwienią na wierzch, pozostałe na spód. Wróciła. Nie tylko tu, do tej od dawna opuszczonej chaty. Wróciła do „domu”, chodź nazywanie domem kawałka ziemi rozgorzałego od walk, miało w sobie coś niepokojącego. Mimo to tu jest, chodź wszyscy troje byli celem, a jej wydawało się, że dłużej już po prostu tego nie zniesie. Dlatego wyjechała. Wytrzymała poza Wioską niecałe dwa miesiące. Teraz wróciła, nawet nie wiedząc co zastanie. Sytuacja potrafiła się zmienić diametralnie w ciągu jednego tygodnia. Chodź słowo „diametralnie” nie obejmowało jednego przypadku. Nie łudziła się, że gdy wróci to panować będzie pokój. Chyba już dawno przestała się łudzić. Inną rzeczą były sprawy osobiste, chodź nadal nie potrafiła się przed sobą przyznać, że i one miały dość duży wpływ na jej decyzję o opuszczeniu kraju. Miała dwadzieścia lat i wojnę na przedsionku domu. Do tego jej twarz widniała w tutejszej księdze Bingo. Stąd te tłumy za nią. Może powinna…

I tu nie skończyła myśli, bo poczuła jak ktoś zręcznym ruchem odrywa jej ciało od ściany, łapie ją od tyłu, za brzuch, przytrzymując obie jej ręce mocno przyciśnięte do tułowia, a drugą dłonią zatyka jej usta. Momentalnie napięła wszystkie mięśnie i na tyle ile pozwalał jej zakres ruchów szarpnęła się gwałtownie w tył. Poczuła na uchu muśnięcie włosów napastnika, kiedy położył na jej ramieniu głowę, by uniknąć uderzenia nią o drewnianą ścianę. Głuchy dźwięk rozszedł się po pomieszczeniu, stary, acz widocznie solidnie wykonany budynek skrzypnął jedynie, podczas kiedy szamocząca się dwójka dość wyraźnie się zachwiała. Uścisk jednak nie zelżał, a ona nie była w stanie nawet poruszyć ręką, w której trzymała broń.

- Miło cię widzieć. – stwierdził w końcu nieznajomy, głosem niepozbawionym nutki sarkazmu.

Słysząc te słowa, ton i barwę tego głosu kobieta skamieniała, a dłoń którą do tej pory miała zatkane usta została opuszczona.

- To ty…? – spytała z lekkim niedowierzaniem. – Co ty tutaj w ogóle robisz? – dodała wciąż zadziwiona, kiedy uścisk lekko zelżał, jednak nie całkowicie.

- O to samo mógłbym zapytać ciebie. – odparł już swoim zwykłym, spokojnym tonem.

- Co z…? – chciała spytać, lecz mężczyzna wtrącił jej się w słowo.

- Ma się dobrze. Kieruje dwoma oddziałami.

- Nadal ma mi za złe…?

- Nie uważasz, że to trochę za luźna rozmowa jak na obecną sytuację? O ile ja wiem, że zgubiłaś tamtą grupę jakieś dwadzieścia minut temu, bo obserwowałem zarówno ich jak i ciebie, to ty nie masz prawa tego wiedzieć. – znów jej przerwał opuszczając całkowicie ramiona i cofając się o krok. Odwróciła się do niego przodem widząc w ciemności jedynie zarys jego sylwetki.

Poczuła jednocześnie ulgę, spowodowaną tym, że obydwaj żyją i „mają się dobrze”, ale i żal z takiego obrotu rozmowy. Stali tak przez moment w dość niezręcznej ciszy aż w końcu mężczyzna westchnął, a po cieniu jego ciała można było wywnioskować, że skrzyżował ręce na piersiach.

- Skoro wróciłaś, to chodźmy już. Nadal uważam, że twoja decyzja o opuszczeniu Wioski była jak najbardziej słuszna. Tam chociaż byłaś bezpieczna. Tutaj nikt niczego ci nie zagwarantuje… – powiedział w końcu, na co jednak kobieta nie zareagowała, nadal wpatrując się w jego czarny zarys. Wyjechała. Dlaczego? Może dlatego, że mimo wszystko zawsze słuchała ich zdania. Była tłem, jak siebie określała. Ale nie było możliwości by wytrzymała z dala od Wioski, jakkolwiek by ją o to nie prosili. Ten czas dał jej jednak okazję do przemyśleń. Tym razem z dystansem. Podczas kiedy on się obrócił, ona stała nieruchomo, cały czas patrząc na niego szeroko rozciągniętymi w mroku źrenicami.

- Coś nie tak…? – spytał w końcu, zatrzymując się w połowie ruchu i spoglądając na nią badawczo.

Nie odpowiedziała. Sięgnęła jedynie w kierunku starych drzwi, które miała w zasięgu ręki i powoli je pchnęła, tak, że zamknęły się niemal bezszelestnie.

- Co robisz? – padło kolejne pytanie pod jej adresem, zadane tym samym spokojnym tonem, na które znów nie padła żadna odpowiedź.

Zbliżyła się do niego powoli i będąc w już minimalnej odległości, podniosła lekko głowę. Nieśmiałym ruchem objęła go za ramiona i musnęła nosem jego wargi. Uśmiechnął się lekko, chodź ona nie mogła tego widzieć w ciemności.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że to skrajnie nieodpowiedzialne..? – zadał kolejne pytanie, na które po raz kolejny nie miał otrzymać informacji zwrotnej i objął ją w pasie tak jak poprzednio, z tą różnicą, że teraz stała do niego przodem i nie miała broni w ręku. Było w ich zachowaniu coś z hazardu. Po pierwsze byli w miejscu dość niebezpiecznym, po drugie, obydwoje niezbyt potrafili wyrazić słowami to co w tym właśnie momencie chcieli sobie powiedzieć. Błyskawica rozświetliła niebo, a wraz z nim i krwistoczerwone, długie włosy mężczyzny kontrastujące z jego nienaturalnie białymi i szeroko otwartymi oczyma oczyma. [...]”

I w tym momencie zamknęłam książkę gwałtownym ruchem, niemal odrzuciłam ją na łazienkową półkę, sięgnęłam nie po szklankę jak do tej pory, a po butelkę sake, która stała na brzegu wanny w której się znajdowałam, upiłam dość duży łyk i już nie wiedziałam, czy zrobiło mi się gorąco od wrzątku w którym siedzę, od wina którego „duży łyk” był połową butelki, czy też może od tego co właśnie przeczytałam, a może i od tego wszystkiego naraz.

Nie.

Jirayia zdecydowanie nie pamięta, nie domyślił się, to kim jestem nawet mu przez myśl nie przeszło.

Bo inaczej, dając mi tę książkę, okazałby się skurwysyńskim sadystą, a o to go nie podejrzewam.

Może być erotomanem.

Może być Zboczonym Pustelnikiem.

Może lubić ckliwe obrazki nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, tak jak ten tutaj.

Kurwa, tu wcale nie chodzi o ten cholerny „opis”, który najpewniej znajduje się na kolejnych stronicach książki, którą od niego dostałam. Tu chodzi o jego wyobrażenie. O nas. O tym wszystkim. O tym, że potrafimy zbudować jakąkolwiek relację, że to wszystko wygląda inaczej, że połowa tego wszystkiego się nie wydarzyła, że…

Jego książki kończą się dobrze. Nie chcę tego czytać dalej.

W życiu nic nie kończy się dobrze.

Kurwa mać.

Odkręciłam kurek z zimną wodą i wsadziłam pod niego twarz.

Lodowata woda na moment przywróciła mi trzeźwe… wróć… trzeźwiejsze myślenie.

Lepiej.

Najbardziej przeraża mnie w tej książce jedna jedyna rzecz. To mogło tak wyglądać. Gdybym wtedy nie dała się złapać, być może wyjechałabym z Ame, do czego rzeczywiście próbował zmusić mnie kiedyś Nagato. I nie chodziło o to, że byłam „nieprzydatna”. Wtedy to wszystko nie bolało by tak bardzo.

Ja kiedyś byłam „ważna”.

I rzeczywiście jeszcze przed śmiercią Yahiko zdążyłam się z nim rozstać. Bardziej wychodziła nam przyjaźń niż cokolwiek więcej.

Skąd Jirayia wiedział…? Znał nas na tyle…? „Zna” jest bardziej odpowiednie, w tym zdaniu. Fragment o tym jak opisuje rolę tej kobiety jako tła… To są moje słowa, które kiedyś wypowiedziałam rozmawiając z nim. Dalej aktualne. Podejście Nagato również było dla niego oczywiste. Cóż. Tutaj czasownik w formie przeszłej, chyba jak najbardziej na miejscu… Yahiko został tutaj opisany „z oddali”, ale myślę, że gdybym wczytała się dalej taki stan rzeczy by się nie utrzymał. Ja jednak nie miałam odwagi znów dotknąć książki, która ma rok wydania tożsamy z rokiem naszych 20 urodzin. Wtedy już był przekonany o naszej śmierci, bo stare Akatsuki parę lat wcześniej zostało doszczętnie wybite i to musiało dojść do Konohy. Wychodzi na to, że to pożegnanie. Ewentualnie próba „ukształtowania” naszego życia, które, w jego oczach, zakończyło swój bieg.

Po co wziął ją do Ame? Z sentymentu?

Zaczęłam czytać tę książkę właśnie od tego fragmentu, bo to pośród tych stron znalazłam kartkę i plik banknotów.

Tak, dostałam od niego pieniądze.

Piętnaście tysięcy jenów zawiniętych w żółty papier z niewprawnie namazanymi złamaną ręką słowami: „Dziękuję. Robisz najlepszy ramen jaki jadłem. Jirayia z Konohagakure”. Chęć odwdzięczenia się mi była widocznie silniejsza od zdrowego rozsądku mojego mistrza, bo jeżeli miałabym uwierzyć w jego historię o tym, że po prostu się upił i wtedy najpewniej miał jakiś wypadek, bądź go pobito, to nie powinien mieć przy sobie żadnych pieniędzy, z oczywistych powodów. Chodź zawsze można przyjąć, że miał je zaszyte gdzieś w ubraniu, a potencjalny złodziej najzwyczajniej tego dokładnie nie sprawdził. Nie wiem.

Moje dywagacje i tak nie mają żadnego sensu. Nie powinnam się tak rozdrabniać. Nad tą cholerną książką, nad ostatnim zachowaniem Nagato, nad swoim życiem po prostu.

Mam cel. I powinnam się go trzymać.

Sięgnęłam po butelkę, tym razem kulturalnie (o ile tak się da nazwać polewanie samemu sobie) wlałam resztkę alkoholu do białej czarki, stojącej na skraju wanny, po czym ujęłam ją w dłonie i wychyliłam jednym haustem. Kolejna fala ciepła rozpłynęła się po moim ciele, rozchodząc się od przełyku. Odłożyłam naczynie i zanurzyłam się we wrzątku tak, że wystawała mi jedynie twarz. Poczułam jak odrobinę bardziej zaszumiało mi w głowie.

Jakie to ironiczne, że mi podziękował.

Dotarło do mnie, że gdybym teraz straciła przytomność to to by po prostu „załatwiło sprawę”. Woda przykryła by mi głowę i to by było na tyle.

„Żegnaj Konan z Amegakure. Miałaś swój czas. Rozminęłaś się ze wszystkim co ceniłaś. Ale teraz odpoczniesz i to i tak nie ma już znaczenia.”

Utopić się w wannie, zapijaczona butelką sake kupioną za pieniądze od byłego mistrza.

Piękny koniec.

Złapałam za kraniec wanny i chwiejąc się na boki wydostałam się z wody, zachlapując podłogę. Ruch wykonałam zbyt szybko, bo na moment obraz w oczach całkiem mi pociemniał. Oparłam się o zimną ścianę łazienki.

Może jednak trzeba było zanurzyć głowę pod taflę wody…?

Czując, że zawirowania przestrzeni odrobinę minęły przemieściłam się do pokoju, do miejsca od którego ta surrealistyczna wycieczka pod granice Konohy się zaczęła. Futon, na którym wcześniej spał Jirayia, zniknął. Wywietrzony, zwinięty w równy rulon i schowany do półki. Uprzątnięty. Tak jak i wszystkie przedmioty wskazujące na to, że przebywał tu ktokolwiek.

Czysto jak w świątyni zen.

Są jedynie ślady mojej obecności. Ale one znikną jutro rano, kiedy będę stąd wyjeżdżać.

Ciszę zakłócał jedynie szum deszczu, potęgując jednak poczucie pustki.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Jestem wykończona, jednak nie mogę spać. Próbowałam. I nie usnęłam. Dlatego piję. Liczę na to, że w pewnym momencie odetnie mi to świadomość.

Chyba jestem na dobrej drodze, bo przy każdym bardziej zaawansowanym ruchu muszę opierać się o ściany bądź meble.

Chwiejnym krokiem podeszłam do komody stojącej w rogu pokoju i otworzyłam pierwszą szufladę.

Nie wiem dlaczego.

Rząd płaskich pudełek, średniej wielkości. Tak jak zapamiętałam znalazłam w niej kimona. Nagato zadbał by dom nie wzbudzał dosłownie żadnych podejrzeń.

…Pomijając rzekomą właścicielkę.

Szkoda, że mnie się nie da tak ładnie poskładać i włożyć w pudełko, bym nie wzbudzała podejrzeń.

Uklękłam na podłodze i powoli wyjmowałam z komody kolejne pudełka. Było ich pięć. W tym jedno mniejsze od pozostałych.

Po co to robiłam? Może chciałam wyrwać kawałek zwykłego życia z tych kawałków zdobionego jedwabiu, które obyczaj każe nosić na każde większe święto.

Rodzinne również.

Kiedy opróżniłam już całą szufladę, zamknęłam ją i spojrzałam na pierwsze z lakierowanych pudełek, po czym je otworzyłam. Wypełniał je piękny, łososiowy, jasny materiał, zdobiony małymi kwiatowymi wzorami, które połyskiwały przy każdym ruchu chybotliwego, papierowego żyrandola, który wisiał tuż za moją głową. Wyjęłam je i opierając się o komodę, celem zachowania równowagi. Wstałam rozkładając je w dłoniach. Uśmiechnęłam się jakoś tak nostalgicznie. Mam w głowie swój własny obraz. Podobne kimono nosiłam jeszcze przed wojną, kiedy z matką szłyśmy na pierwszy festiwal z okazji początku roku, który pamiętam. Moje jednak było w odcieniu zielonej herbaty i było wykończone granatowymi detalami, a nie tak jak to – czerwonymi.

A teraz musiałam wyglądać dość osobliwie, żeby nie powiedzieć groteskowo, kiedy zataczając się po pokoju, nago, trzymałam w rękach strój, w który mogłabym ubierać swoją ewentualną córkę.

Gdybym oczywiście ją miała.

Na powrót uklękłam, skradając materiał niemalże z nabożeństwem, przeplatanym pijackim opieraniem się o podłogę i zarzucaniem mokrymi włosami na boki w dość nieskoordynowanych ruchach, po czym sięgnęłam po kolejne pudełko.

Tym razem jedwab był koloru inkaustu i grubszy niż poprzednio. Wyjęłam je. Kimono okazało się większe. Na dorosłą osobę, zdobione ręcznie malowanymi gałązkami wiśni, w odcieniach różu i bieli. Długie, zdobne rękawy rozlały się na podłodze, wokół miejsca na którym siedziałam. Furisode. Kimono, którego nigdy nie miałam na sobie i nie będę mieć. Zakładane na ceremonie dojrzałości i najczęściej darowane przez ojca. Moi rodzice nie dożyli roku moich dwudziestych urodzin, a i w sumie na wojnie nikt nie myśli o jedwabiach. Zrobiłam z niego równą kostkę, co zajęło mi odrobinę więcej niż zazwyczaj, być może z powodu, że „linia prosta” była w tym momencie dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Po paru próbach jednak dokonałam niemożliwego i kimono znalazło się w pudełku. Wzięłam kolejne z nich w dłonie i otworzyłam. Czarne. Rozłożyłam je przed sobą. Elegancko zszyte, bez zbytniej ilości ozdób, poniżej pasa zdobione dopracowanymi, aczkolwiek w tym momencie rozmywającymi mi się w oczach, obrazami białozłotych żurawi.

Kimono mężatki.

Zaśmiałam się z siebie i wpatrywałam się w zgrabne, długie szyje materiałowych ptaków.

Na ile obecność Jirayi uświadomiła mi, że kiedyś chciałam by moje życie wyglądało kompletnie inaczej?

Cóż.

Trzeba było zostać w wannie i wypić jeszcze trochę.

_______

Pozdrawiam moją stałą czytelniczkę Mei :)

Notka w sumie jest niczym więcej jak jedynie dalszym opisem stanów psychicznych. Mam nadzieję, że nikt nie usnął :P

 

|08(0,5)| 21 kwietnia, rok Koguta

Kartka wpadła do pokoju, wylatując z jednej ze szczelin kratki wentylacyjnej i odrywając mnie od lektury jakże fascynującego dokumentu jakim jest „Planowane przesunięcia wydatków w budżecie Amegakure zatwierdzone przez Radę Wioski Głównej”. Odłożyłem go więc na kraniec stołu, obok dość grubego pliku innych pism, które miałem przejrzeć dzisiejszego wieczoru i wziąłem do ręki kawałek papieru, który właśnie wylądował na blacie. W momencie w którym go dotknąłem, pozornie czysta powierzchnia pokryła się kolejnymi znakami, kreślonymi znajomym mi charakterem pisma, za pomocą czarnego długopisu. Sztuczka oparta na najzwyklejszych papierkach wykrywających rodzaj czakry, który opracowała jeszcze przed stworzeniem starego Akatsuki. Ta konkretna kartka reagowała akurat na mój. Wygląda na to, że najprostsze rozwiązania z reguły są najlepsze, biorąc pod uwagę, że używa tego sposobu w niezmodyfikowanej formie do tej pory.

„Dotarłam do Konohagakure. Jirayia został odebrany przez ich shinobi. Uniknęłam kontaktu z nimi mówiąc, że jako osoba podlegająca prawnie pod Deszcz nie mam prawa przekroczyć granicy Liścia bez wiedzy Hanzo. Wracam. Nie wykluczam możliwości, że jestem śledzona, więc zatrzymam się w miejscu mojego rzekomego zamieszkania przez dwa dni od momentu powrotu”

Po przeczytaniu, złożyłem kartkę na cztery części i włożyłem do tego dziennika.

Biorąc pod uwagę prędkość przemieszczania się jej wiadomości powinna pojawić się w siedzibie za około czterdzieści godzin.

Wątpię, że nie zauważyłaby osoby, którą by za nią wysłali, ale jej podejście jest jak najbardziej prawidłowe. Ma przymusowe wolne. Może to i lepiej.

*

Madara milczy.

|08| Decyzje (podobno) można zmieniać

- Powiesz mi coś o sobie? – krzyknął do mnie Jirayia z siedziska rikszy, którą w tym momencie ciągnęłam za pomocą roweru, przez las okalający granicę z Krajem Ognia.

Jasne. Co tylko chcesz, Mistrzu! – kpiłam z siebie w myślach.

Odwróciłam się lekko i udając zmęczoną pedałowaniem spojrzałam na niego lekko się uśmiechając.

- Wiesz, oprócz tego, że mam miękkie serce, słabość do ratowania pijanych pisarzy i nie mam męża, co już wiesz, to lubię gotować i za dużo palę. – odpowiedziałam rejestrując kątem oka, że odwzajemnił uśmiech, po czym znów odwróciłam się w stronę kierunku jazdy.

Było mi już dużo łatwiej z nim rozmawiać niż wcześniej. Oswoiłam się z sytuacją a i chyba dotarło do mnie, że jeżeli znów zacznę „rozpamiętywać” to możliwe jest, że Jirayia zorientuje się z kim ma do czynienia, a tego bym nie chciała.

A może bym chciała…?

Nieważne.

Postanowiłam po prostu cieszyć się chwilą, w której mogę z nim znów porozmawiać i nie myśleć na razie o niczym więcej, a już w szczególności o tym co się stało gdy odszedł i co się może stać kiedy ja wrócę do Ame.

A co się może stać?

W sumie to nie wiem.

Jednak odczuwałam niechęć przed powrotem, dlatego udawanie genina, który może utrzymywać dość powolne tempo, bardzo mi odpowiadało.

- Co do gotowania, to w stu procentach się zgadzam. Dawno nie jadłem tak dobrego ramenu! Kiedy dotrzemy do Konohy, możesz zostać u mnie parę dni, skoro mówisz, że masz takie dobre serce… Odpoczniesz po podróży, a przy okazji zajmiesz się chorym, biednym człowiekiem… – odparł śmiejąc się, a mnie znów oblał rumieniec.

- Z chęcią bym została, ale muszę wracać do domu. Nie mieszkam w Wiosce Głównej, ale moje zniknięcie na dłużej po jakimś czasie zwróci uwagę. Dwa dni to aż nadto. Dłuższe nieobecności trzeba zgłaszać… W Konohagakure to działa tak samo, prawda? – spytałam specjalnie spychając rozmowę na tory moich teoretycznych zależności od Wioski, by zbić jego ewentualnie podejrzenia.

- Tak… Jeżeli jest się zarejestrowanym jako shinobi Konohy, wyjazd należy złościć Hokage, by nie uwzględniała danej osoby w grafiku misji. – odparł zdając się być odrobinę rozczarowany moją odpowiedzią, co wywnioskowałam po tonie. – Naprawdę masz zamiar odprowadzić mnie pod samą Wioskę? Nie będziesz mieć problemów z tego powodu? – dodał już odrobinę poważniej.

Bardzo ładny wstęp do wypytania mnie o organizację Deszczu. Cudny wręcz.

- Miałabym, gdybym mieszkała w Ame, a tak nie jest. Ja jedynie dorabiam jako shinobi. Prowadzę kwiaciarnię we wsi, w której cię znalazłam. Akademia ninja to była fanaberia mojego ojca. – łgałam, dosłownie powtarzając mu treść dokumentów, o pewnej niedawno zmarłej kunoichi, które przewinęły mi się przez ręce podczas mojej papierkowej roboty w Wiosce.

- I co na to ojciec? – spytał.
- Nie żyje. – odpowiedziałam jadąc dalej, przynajmniej tym razem nie mijając się z prawdą… przynajmniej po części.

- Cóż. Pokolenie twoich rodziców to pokolenie Drugiej Wojny Shinobi… Przykro mi, Michi-chan.

Uśmiechnęłam się pod nosem i nastało milczenie, przerywane szumem liści i zgrzytem łańcucha od roweru, który pożyczyłam w okolicznej wsi, podczas kiedy Jirayia znów poszedł spać, odpoczywając po obiedzie.

Drzewa przesuwały się powoli. Słońce chyliło się ku zachodowi i jego promienie odbijały się w zielonych liściach, gdzieś nad nami, wysoko w koronach drzew. Gruntowa droga dawała na tyle równą nawierzchnię by lekko sunąć w stronę Konohy, nie zastanawiając się nad niewygodami drogi. Czułam powiew ciepłego powietrza na twarzy.

Nie padało. Byliśmy już za daleko od Wioski…Od Nagato.

Mam wrażenie, że nie ma mojego życia.

Jest jedynie marazm.

Iluzja.

Skoro to wszystko jest takie złudne, to dlaczego w ogóle się tym przejmuję…?

- Michi-chan, masz zamiar jechać całą noc? Inaczej nie zdążysz wrócić w ciągu dwóch dni. – powiedział nagle Jirayia, wyrywając mnie z rozmyślań. Odwróciłam się lekko by na niego spojrzeć.

- Dobrze mi to zrobi. Może wreszcie zaczęłabym się przygotowywać do egzaminu na chunina..? – odparłam z uśmiechem mając gdzieś na końcu głowy, że ten dystans od Ame do Konohy i z Konohy do Ame, na papierowych skrzydłach, pokonałabym w niecałe pół dnia i to nawet zbytnio się nie spiesząc.

- Zależy ci? Skoro masz kwiaciarnię..? – spytał.

- A co mi tam! Może wtedy znów się zobaczymy, bo egzamin z reguły organizuje Liść albo Piasek..? – odpowiedziałam kierując uwagę mojego mistrza na coś zgoła innego niż moja rola w Deszczu.

- Jak już swoje odleżę to zapraszam! Głupio by mi było się nie zrewanżować… Tylko daj mi znać wcześniej, bo Amegakure ma dość napięte stosunki z resztą wiosek.

Kiwnęłam mu głową i znów skierowałam wzrok przed siebie i pomyślałam, że słowo „napięte” nie jest odpowiednie. Amegakure jest raczej „wyizolowane” i tych stosunków stara się unikać. Ma to swoje zalety, ale także i wady. Głównym plusem jest to, że Wioska trzyma się z dala od wszelkich konfliktów zbrojnych, co jest bardzo miłą odmianą po angażowaniu się w każdą kolejną wojnę, za czasów Hanzo. Co do wad… Cóż. Gospodarka praktycznie się nie rozwija, bo nie mamy kontaktów handlowych ze „światem zewnętrznym”. Edukacja jest na niższym poziomie niż w większości innych Wiosek, z bardzo prostego powodu, że brakuje kadry nauczycielskiej, którą, że tak nieładnie powiem, po prostu w poprzednich latach wyrżnęli nam w pień. W sumie wojna domowa też zrobiła swoje. W monecie jej wybuchu większość inteligencji opowiedziała przeciw Hanzo. I tak jak zginęło praktycznie całe stare Akatsuki, tak zginęli i oni. Teraz powinien nadejść czas odbudowy. Rozwoju.

Ubolewam nad tym osobiście, bo zawsze chciałam…

Co chciałaś idiotko?

Przecież wszystko to wszystko i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Zostały tylko dwie ogoniaste bestie.

I koniec.

Ame to bańka. Izolowany twór, utopia. Oczywistym jest, że na dłuższą metę takie zarządzanie Wioską mija się z celem i prowadzi do zapaści.

Tyle, że ta bańka nie ma prawa zdążyć pęknąć.

Westchnęłam odrobinę głośniej niż to było w moim pierwotnym zamiarze.

- O czym myślisz, Michi-chan? – spytał Jirayia, w sumie tak samo jak pytał każde z nas za dzieciaka, kiedy któreś przez dłuższy czas chodziło ze zwieszoną głową.

A z tego co dobrze pamiętam był to najczęściej Nagato.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

- W sumie to o niczym… – zbiłam pytanie. – Masz tak czasem, że rozkładasz każdą swoją decyzję na części pierwsze i zastanawiasz się co by się stało, gdybyś podjął inną? – dodałam po chwili.

- Zdarza się. Ale wtedy staram się myśleć, że tego co się stało już nie zmienię, a jedyne co mogę zrobić to starać się podejmować te właściwe teraz, od tego momentu. – odparł, jednak po tonie wyczułam, że i jemu udzielił się mój lekko wisielczy nastrój.

Od teraz. Od tego momentu…

Znów poczułam znajome ukłucie w klatce piersiowej.

- Pomaga?

- Czasem. – rzucił, po czym umilkł.

I znów jechaliśmy w ciszy, z tym że teraz wydawała mi się ona gęstsza; męczyła mnie. Pojawiła się myśl by powiedzieć mu o wszystkim.

„Wiesz Jirayia, w sumie to jestem twoją dawną uczennicą. Konan, pamiętasz? Kiedy odszedłeś brałam udział w wojnie domowej, o której nawet nie wiesz. Yahiko nie żyje, Nagato… nie wiem. „Zmienił się” – najodpowiedniejsze sformowanie, a ja tkwię w tym wszystkim, niepogodzona ze swoim życiem. Ponadto jestem współzałożycielką organizacji, którą ty i twoja Wioska uważacie za terrorystyczną… No to teraz mów co u ciebie.”

Tak. Na pewno stwierdziłby, że cieszy się, że mnie widzi.

Kurwa.

On już mi powiedział co o nas sądzi.

Słowa „jestem rozczarowany” mówią chyba wszystko.

Cóż.

Widocznie mamy inne priorytety.

Chodź czasem odnoszę wrażenie, że ja sama sobą jestem rozczarowana.

- Czemu mnie o to zapytałaś? – powiedział w końcu, po raz kolejny wyrywając mnie z kołowrotu moich własnych myśli.

Nie wiem. Bo potrzebuję… czego? Namiastki ciepła? Kawałka rozmowy, przypominającego dawne dni?

I znów robię się nazbyt sentymentalna. A obiecałam sobie wcześniej, że chodź spróbuję na moment przestać analizować to wszystko…

- Bo jest parę decyzji, których żałuję. – odpowiedziałam.

- Chyba jak każdy.

- A ty czego żałujesz? O ile można spytać… – zapytałam chyba prędzej niż pomyślałam z czym jego odpowiedź może się wiązać.

Nie powinnam poruszać pewnych tematów. Tak nakazywał mi zdrowy rozsądek. Gorzej, bo zdaję się, że na ten moment mam go zupełnie w poważaniu, co dodatkowo powodowało irytację moim własnym zachowaniem.

A Jirayia się nie odzywał. I kiedy byłam już pewna, że mi nie odpowie, lub rzuci coś wymijającego, powiedział:

- Michi-chan… jedyna kobieta na której rzeczywiście mi zależy, całe życie daje mi do zrozumienia, że „nic z tego nie będzie”. Miałem kiedyś przyjaciela… Odszedł, a ja nie potrafiłem go zatrzymać. Miałem też mistrza, którego nie potrafiłem ochronić. Streszczając, nie żyje. Miałem też troje uczniów… Tym razem to ja odszedłem. Cała trójka również nie żyje. – kiedy to usłyszałam, przełknęłam ślinę, pilnując by się nie rozpłakać. Fakt, że mój mistrz nie podejrzewa kim jestem, był na ten moment dla mnie mało pocieszający. – No. Więc o mnie już coś wiesz. Teraz może powiesz mi czego ty żałujesz… Będziemy kwita. – dodał, lekko ironicznym tonem, nadal przepełnionym sporą dawką goryczy.

Nadal patrzyłam przed siebie. Słońce schowało się za horyzontem, a jego ciepłe, czerwone światło zaczęło powili przechodzić w fiolet. Szum liści był taki sam jak wcześniej, ja jednak czułam się wewnętrznie pusta, wydrążona.

Co mu powiem? Że żałuję wszystkiego? Że gdybym miała taką możliwość całe swoje życie ukształtowałabym inaczej? Że zamiast uciekać i chować się w sobie pomogłabym się pozbierać już chyba jedynej bliskiej mi osobie i być może, to wszystko, wszystko, byłoby całkiem inne..?

Powiem.

Bo to i tak nic nie zmieni. Jirayia nie wie kim jestem i każda możliwa przesłanka świadczyła dobitnie o tym, że się to nie zmieni.

- Po pierwsze, żałuję, że nie mam rodziny. Po drugie również straciłam przyjaciela. Zginął podczas Trzeciej Wojny Shinobi. – dodałam w myślach „i nadal się o to obwiniam”, ale nie powiedziałam tego na głos stosując się do ostatnich podszeptów instynktu samozachowawczego. – Po trzecie… Nie potrafię rozmawiać z jedyną osobą na której mi zależy. Obydwoje się zmieniliśmy i obawiam się, że taki stan rzeczy już pozostanie jako norma…

Znów nastało milczenie. Nadal pedałowałam, patrząc na ciemniejące niebo. I nadal czułam, że wypełnia mnie próżnia.

- Facet? – powiedział w końcu pytającym tonem.

Zmarszczyłam brwi (chodź on nie mógł tego widzieć) nie do końca wiedząc o co dokładnie mu chodzi.

- Co masz na myśli? – zapytałam lekko skonsternowana.

- Czy osoba z którą przestałaś się dogadywać to mężczyzna? – wyjaśnił, stawiając kolejne pytanie.

No, tego się nie spodziewałam… Chociaż to w końcu Jirayia…

- No tak… Ale raczej traktuję go jak brata… – odpowiedziałam w sumie sama nie będąc pewna tego co mówię.

Na ten moment jakakolwiek więź z Nagato wydawała mi się tak abstrakcyjna jak tylko być może. On był po prostu zamknięty.

I tyle.

Ku mojemu zaskoczeniu mój mistrz się zaśmiał.

- Chyba sama nie wierzysz w to co mówisz, Michi-chan. Tylko jednej z wymienionych przez ciebie rzeczy nie jesteś w stanie zmienić. Przyjacielowi życia nie zwrócisz. Pozwól, że dam ci radę… Z mojego wieloletniego doświadczenia i wnikliwych obserwacji wynika, że czysto koleżeńskie relacje kobiet i mężczyzn praktycznie nie istnieją… No może zdarzą się ze dwa wyjątki potwierdzające regułę – i tu automatycznie pojawił mi się przed oczyma obraz Uchihy… – Także spróbuj dotrzeć do tej, jak to określiłaś „osoby”… no i będąc szczerym… wątpię, że tak piękna kobieta wtedy będzie mieć jakiekolwiek problemy z wyjściem za mąż.

Boże, jak ja się cieszyłam, że w tym momencie on nie ma możliwości widzieć mojej twarzy, bo w tym momencie odmalował się na niej wyraz…

Kurwa, ja już sama chyba nie wiem czego.

Lekko rozdziawiłam usta i patrzyłam tępo w przestrzeń przed sobą.

Jirayia-sensei, gdybyś ty tylko wiedział…